Ostatnio, w mniej więcej regularnych odstępach, na srebrnych ekranach pojawiają się filmy twórcy kultowego „Pulp Fiction”. Wszystko jest sygnowane niesamowitym klimatem i niewątpliwą oryginalnością pozbawiona banału. Częsty absurd kontrastuje z poważnymi problemami tworząc pełen osobliwości kolaż. Nie inaczej mogłoby być w przypadku filmu „Django.”
„Django” to western, którego tytułowy bohater miał niespecjalne szczęście urodzić się niewolnikiem w Stanach Zjednoczonych Ameryki przed wybuchem wojny secesyjnej. Django w szybki sposób zostaje wykupiony w spektakularny sposób przez łowcę głów Dr Kinga Schultza, aby dalej kontynuować podróż już wspólnie i zabijać złoczyńców za pieniądze. Jego nowy właściciel równie szybko oddaje mu wolność. Główną motywacją czarnoskórego bohatera jest odzyskanie równie zniewolonej żony w czym pomoc obiecuje Dr Schultz.
„Django” to naprawdę dobra produkcja, która bez wątpienia jest mocnym zawodnikiem w walce o tegoroczne Oscary. Gdzie giną prawie 3 godziny filmu? Nie wiem. Mógłby trwać 5 godzin, a i wtedy pewnie by się nie dłużył. Kawał dobrego kina w wykonaniu Quentina Tarantino, które przynosi tony rozrywki. Na uwagę zasługuję muzyka, która stanowi swoiste przerywniki pomiędzy właściwą akcj,ą tworząc niepowtarzalny klimat „Django.”
Podsumowując, film zdecydowanie warty obejrzenia. Dawno kino tak dobrze nie bawiło i nie pozwalało na totalne odprężenie podczas scen absurdu przeplatanych gorzką lekcją historii. Quentin Tarantino jest mistrzem takiego kina i jedyne, na co pozwala, to zanurzyć się w obłędzi, jego obłędnie dobrych filmów.
Semko Bayer
(semko.bayer@dlalejdis.pl)
Komentarze