Najwyższa pora przebudzić się z zimowego snu i wziąć się za siebie. Nosiłam się z tym zamiarem już od dłuższego czasu, ale wiadomo jak jest. Najpierw dość szybko okazało się, że z noworocznych postanowień nici. Potem karnawał, święta, majówka – a wraz z nią sezon grillowy. W tak napięty grafik naprawdę nie dało się wcisnąć diety.
Ale teraz media rozpoczęły zmasowaną kampanię na rzecz poprawy mojej figury (jakże wam jestem wdzięczna za troskę!). Z telewizora nakazują, żebym przerzuciła się na jedno ziarenko groszku dziennie, zyskując „figurę laseczki”. Albo przynajmniej, żebym maniakalnie obliczała obwód bioder, talii, sprawdzając czy aby na pewno mam już 4 centymetry mniej! Do urlopu już tylko 2 miesiące. Czas więc poddać się temu szaleństwu i rozpocząć mozolny bój o płaski brzuch, redukcję drugiego podbródka, jędrną pupę. To już taka tradycja. Przez całą jesień i zimę przygotowuję się do tego rytuału, z konsekwencją gromadząc tłuszczyk, aby potem po tygodniach morderczej walki, móc wcisnąć się w strój kąpielowy (o ileż przyjemniej byłoby jednak po prostu kupić sobie nowy, w nowym rozmiarze).
Czuję się już jak etatowa dietowiczka. Właściwie mogłabym udzielać porad w sprawie doboru jednej z cudownych metod, gdybym choć raz dotrwała do końca. No, ale niestety, akurat w tym aspekcie moja konsekwencja natychmiast wyparowuje. Cóż, jestem tylko potomkinią Ewy, a pokusy są stanowczo zbyt silne. Bez względu jednak na wybór diety, pierwsza faza trwa u mnie zazwyczaj tydzień. Codziennie rozpoczynam dietę, po południu się łamię i obiecuję sobie, że od następnego dnia to już na pewno nie tknę niczego zakazanego. Aż w końcu dochodzę do momentu krytycznego. Pierwsze symptomy paniki, że jeśli nie wezmę się w garść, to najnormalniej w świecie nie zdążę do lata, ładują mnie nową energią. Tak więc z tą nowo wykrzesaną determinacją zaopatruję się w produkty, na które normalnie nawet bym nie spojrzała. Uczucie dumy z samej siebie – bezcenne. Teraz już tylko pozostaje zamknięcie się w czterech ścianach z nabytymi „smakołykami” i przetrwanie okresu odstawienia od normalnego pożywienia. Ponoć po jakimś czasie ochota na słodkości mija. Jakoś nigdy tego nie doświadczyłam (może miłość do cukru mam genetycznie zakodowaną albo po prostu to etap dla dużo bardziej zaawansowanych dietowiczek). Walcząc z mdłymi posiłkami (i nieprzyzwoicie małymi porcjami), ćwiczeniami - torturami i narastającą potrzebą choćby posłodzenia herbaty, powoli rozpatruję możliwość leciutkiej modyfikacji postawionego celu. No, w końcu już tyle wytrzymałam, to jeden kilogram w tą czy w tą nie robi już takiej różnicy! Nikt tego nie zauważy! Pocieszona skracam okres gehenny. Obliczam, ile czasu potrzebuję, żeby znów zaczęły się pojawiać nieodłączne „boczki”. Termin wypada już po urlopie. A więc akcja – odchudzanie STOP. Oddycham z ulgą i poczuciem dobrze wypełnionego obowiązku. Mam spokój do przyszłego roku. Chociaż, może pokuszę się o powtórkę przed Sylwestrem?
A jak Wasze boje z dietami?
Agata Podgajska
(agata.podgajska@dlalejdis.pl)
Komentarze