Dramat rodzinny w czwartym odcinku Kuchennych Rewolucji

Kuchenne Rewolucje Magdy Gessler w restauracji Łabędź pod Pyskowicami.
W czwartym odcinku Kuchennych Rewolucji Magdzie Gessler przyszło zmierzyć się nie tylko z wielkim problemem kuchennym, ale także rodzinnym. Czy dała sobie z nimi radę?

Restauracja, która tym razem poprosiła o pomoc, nosi nazwę Łabędź i znajduje się w środku lasu, kilka kilometrów od miejscowości Pyskowice. Prowadzi ją małżeństwo – Joachim i Małgorzata, choć tak naprawdę sami nie wiedzą, do kogo należy obowiązek zarządzania. Gdzieś w tle pojawia się także postać czterdziestoośmioletniego Edwarda, który zajmuje stanowisko menadżera i często pyta, czy ma w czymś pomóc, ale do samej pomocy już się nie pali. Do robiącego rozeznanie kamerzysty powiedział, że jest „kołem ratunkowym” tej restauracji. Czy rzeczywiście było w niej jeszcze co ratować?

Jak do tego doszło?
Właściciel – żyrant kredytu na restaurację – kupił ją na nazwisko żony, tak naprawdę nie wiedząc nic o prowadzeniu lokalu gastronomicznego. Samo kupno tłumaczył „modą”. Jego koledzy w tym samym czasie kupili inne restauracje, więc czemu on nie miałby spróbować? Podobno do odważnych świat należy. Jak pokazał odcinek, także do głupich.

Właścicielka – Małgorzata – mówi o swym mężu „szef”, a od pewnego czasu, wraz z czternastoletnią córką, mieszka w pokojach nad salą dla gości. Fakt ten spowodowany jest kłótnią z Joachimem, który rzekomo wyrzucił je z domu. Jaka była prawda? Tego my, widzowie, dowiedzieć się nie możemy. Program pokazuje nam konflikt typu „słowo wobec słowa”. Nie nam oceniać, która strona kłamie. Za to Magda Gessler, jako prowadząca, poczuła się w obowiązku ratowania miejsca oraz rodziny i zdecydowała się przejąć stronę właścicielki. Joachim był znacznie bardziej wycofany i jako „człowiek poważny” nie chciał się integrować, bo mogłoby go to ośmieszyć, w związku z czym świetnie nadawał się na czarny charakter. Jednak koniec końców posłusznie obiecał wycofać się z interesu.

Pierwsze wrażenia
Magda Gessler wróciła do formy i odzyskała pazur, jakiego zdecydowanie brakowało w poprzednim odcinku Kuchennych Rewolucji. Podczas czterdziestu pięciu minut trwania programu zdążyliśmy dowiedzieć się, że: restauracja wygląda jak sala gimnastyczna, wystrój jest jak w „stołówie” i to z czasów PRLu, brakuje jej (i potrawom) dobrego smaku, a kuchnia wygląda jak łazienka lub pokład Titanica. Pozostało czekać, aż zatonie. Jak długo? Niedługo. Wystarczyło złożyć zamówienie, by dowiedzieć się, że niemalże jedna trzecia potraw serwowana jest tylko w sezonie, czyli okresie największego zainteresowania restauracją, kotlety się mrozi, do zup dodaje tanich koncentratów, a w sałatkach czai się stary majonez.

Magda Gessler przeszła na wyższy poziom wyrażania dezaprobaty i zamiast standardowo pluć z chusteczkę, tym razem splunęła prosto na talerz. Zawsze to jakaś innowacja, choć nie do końca kulturalna. Wychodząc dodała, że labirynt korytarzy to horror, a rodzina, do której całość należy, przeżywa dramat, z którym być może nic nie uda jej się zrobić. W końcu prowadzenie programu, a udzielanie terapii rozpadającym się małżeństwom, to dwie różne sprawy.

Rozwiązanie
Ostatecznie rozmowy z właścicielami poszły całkiem nieźle, Joachim wydawał się być spokojny i może nawet skruszony, a czternastoletnia córka skutecznie podbudowała matkę. Magda Gessler stwierdziła, że mała ma jaja i pochwaliła ją za wytrwałość. Małgorzata nabrała za to odwagi i po obejrzeniu zmian, jakie zaszły w wystroju jej restauracji, odzyskała nadzieję. Przestała powtarzać, że to miejsce jest przeklęte. Puste wnętrze zostało bowiem zastąpione sztucznym jeziorkiem z łabędziami, z okien pozrywano zasłony, ukazując tym samym piękny widok, a na ścianach zawieszono pióra i inne ptasie atrybuty. Trzeba przyznać – ekipa się spisała. Także dania przygotowywane na pokazową kolację – świeże, idealnie doprawione grzybowym sosem ryby, prezentowały się wyśmienicie. Po takim sukcesie aż ciężko uwierzyć w to, co na Magdę Gessler czekało po powrocie. Choć właścicielka znała dokładną datę przyjazdu, postanowiła uniknąć konfrontacji i na zamkniętej bramie wywiesiła kartkę, że restauracja jest nieczynna. Telefonu także nie odebrała. Menadżer, który swoją drogą zjawił się tam podejrzanie szybko, wyjaśnił prowadzącej, że to z powodu remontów. Dodał jednak, że jest równie zaskoczony, jak ona.

Kto jak kto, ale Magda Gessler z pewnością nie będzie się nikogo prosić. Jeżeli właściciele Łabędzia nie chcą zarobić, to ich sprawa. Być może lepiej zrobiłaby im wyprawa na terapię małżeńską. Dopiero uratowawszy rodzinę, udałoby im się naprawić interes. To nie należy jednak do zadań ekipy Kuchennych Rewolucji. Prowadząca, uścisnąwszy dłoń menadżera, odwróciła się od kamery i wsiadła do auta. Tej antyrewolucji z pewnością tak szybko nie zapomni.

Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)

Fot. TVN



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat