Mia Wasikowska po raz kolejny wciela się w rolę Alicji – bohaterki, która swoim uporem bije wielu z nas na głowę. W „Alicja po drugiej stronie lustra” tytułowej postaci udaje się zostać kapitanem statku i zwiedzić cały świat. Jednak po powrocie do rzeczywistości musi pożegnać się z marzeniami o karierze. Ówczesne społeczeństwo nie może pogodzić się bowiem z faktem, iż tak „męskie” stanowisko obejmuje kobieta. Zazdrość dotychczasowych pracodawców sprawia, że Alicja musi objąć nudne stanowisko sekretarki, sprzedać statek i na dodatek kłóci się z matką. Zaraz, zaraz! Gdzie tu ta magia? Długo nie trzeba na nią czekać.
Żółtowłosa bohaterka pogrążona w smutku spotyka Absolema. Prowadzi on ją do lustra, które ma moc przenoszenia do krainy zamieszkałej przez Kapelusznika, Białą i Czerwoną Królową, Kota z Cheshire oraz innych bajkowych stworzeń. Okazuje się, że jej wizyta może być zbawienna dla Kapelusznika. Owa postać, w którą wcielił się Johnny Depp, przechodzi załamanie związane z tęsknotą za bliskimi. Wierzy, że nie zginęli oni z rąk Czerwonej Królowej i pragnie ich odnaleźć. Alicja postanawia pomóc pogrążonemu w smutku przyjacielowi w ponownym odnalezieniu szczęścia. Kradnie Władcy Czasu machinę do podróżowania w czasoprzestrzeni i pragnie zapobiec śmierci rodzinie Kapelusznika.
Film jest nasycony przeróżnymi wartościami – widać, że ma na celu edukować młodszych widzów. Przedstawia nieraz dla wielu z nas trudny aspekt życia związany z depresją, posiada wątki dotyczące feminizmu i uczy wybaczania. Wiele rzeczy nie jest powiedzianych wprost, tak więc produkcja w sprytny sposób koduje widzom pewien schemat postępowania.
Oczywiście wszyscy aktorzy spisali się również w tej części „Alicji...”, jednak obraz był skupiony głównie na Żółtowłosej i jej rozterkach w rzeczywistym i bajkowym świecie. Z jednej strony to nic dziwnego, gdyż tytuł filmu nie wskazuje na to, aby główną rolę miał tam np. Kot z Cheshire, jednak tęskniłam trochę za bajkowymi stworzeniami.
Bardzo spodobała mi rola Sachy Barona Cohena, znanego z takich produkcji jak na przykład „Borat” czy „Dyktator”. W nowej „Alicji...” grał Władcę Czasu, a jego gra była powiewem świeżości i komizmu. Nie ujmę również jego grze aktorskiej. Przyznam, że nie spodziewałam się zobaczyć go w takiej roli – pozytywnie mnie zaskoczył.
Nie wiem czy to przez mój czarny humor, czy to przez pełnię Księżyca, ale rozbawiła mnie do łez kreacja Heleny Boham Carter, która wcieliła się w Czerwoną Królową. Jej teksty momentami są na wagę złotej salwy śmiechu, szczerze polecam zwrócić na to uwagę. No i oczywiście polski dubbing jest bardzo dobry i przyjemny dla ucha.
Na koniec ciekawostka dla czepialskich. Alicja została kapitanem statku w 1845 roku. Nie do pomyślenia w tamtych czasach było, aby kobieta w ogóle weszła na statek, bo to ponoć przynosiło pecha. Dodatkowo mapa, którą posługuje się nasza Pani Kapitan jest jakby... zbyt futurystyczna. Zapraszam do zweryfikowania tych obserwacji. A film polecam. Można się uśmiechnąć i rozluźnić.
Klaudia Rogaczewska
(klaudia.rogaczewska@dlalejdis.pl)
Komentarze