Tytułowa Carol to dojrzała kobieta, matka kilkuletniej dziewczynki, przeżywająca właśnie rozstanie z mężem. Szybko dowiadujemy się, że jedną z jego przyczyn było odkrycie przez bohaterkę swojej skłonności do kobiet i jej związek z przyjaciółką z dzieciństwa. Pomimo braku akceptacji społecznej (akcja rozgrywa się w Stanach Zjednoczonych w latach pięćdziesiątych), Carol odważnie zmienia swoje życie, nie oglądając się na komentarze innych.
Bohaterkę poznajemy, gdy podczas przedświątecznej wizyty w centrum handlowym poznaje młodą sprzedawczynię, Therese. Kobiety szybko zaczyna łączyć silna więź. Budowany przez nie związek zostaje jednak przerwany przez męża Carol, który zmusza żonę do powrotu, grożąc jej odebraniem córki. Rozdarta między miłością do Therese i do dziecka, Carol staje przed koniecznością podjęcia trudnej decyzji. Jak widać, fabuła filmu nie jest rozbudowana. I rzeczywiście, wiele osób zarzuca „Carol”, że to film o niczym, nudny i ciągnący się bez końca. Niewątpliwie jest to kwestia wrażliwości, ale w moim odczuciu jest to jeden z największych atutów filmu. Bo „Carol” to przede wszystkim film „powolny” i delikatny.
Tym, co najszybciej zwraca uwagę, jest fantastyczna gra aktorska (Cate Blanchett dostała nominację do Oscara dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej, a Rooney Mara – drugoplanowej; ta ostatnia dostała też Złotą Palmę w Cannes dla najlepszej aktorki). Choć początkowo można mieć wrażenie, że cała historia jest nieco przerysowana i schematyczna (Blanchett i Mara są tak wzorcowo dobrane wizualnie do granych przez siebie postaci, że aż wydaje się to nienaturalne), szybko się to zmienia. Obie aktorki doskonale budują głębię postaci, oddają uczucia i emocje swoich bohaterek. Każdy gest i każde spojrzenie ma w tym filmie znaczenie – dzięki temu nawet oszczędne dialogi mówią wiele, a postaci nadal wydają się prawdziwe. Klasy dodają też filmowi piękne zdjęcia i muzyka.
„Carol” to niewątpliwie film ważny, poruszający trudny temat zakazanej miłości, tolerancji i wolności seksualnej. To historia odważnych kobiet, którym przyszło żyć w niełatwych czasach. To jednak także po prostu piękny film. Niezwykle przyjemny dla oka i ucha, cieszący widza nawet pomimo braku dreszczyka emocji. Obraz Todda Haynesa jest delikatny i subtelny – taki „slow food” kinematografii. Koneserom rozkoszowania się filmem na pewno przypadnie do gustu.
Katarzyna Czupajło
(katarzyna.czupajlo@dlalejdis.pl)
Komentarze