„Samba” wywołuje sprzeczne emocje, co ma odzwierciedlenie w opiniach krytyków. Od zachwytu, poprzez potwierdzenie renomy reżyserów Erica Toledano i Oliviera Nakache, aż po wielkie rozczarowanie, biorące się głównie ze zbyt wielkich oczekiwań po sukcesie „Nietykalnych”. Jaka jest prawda?
Omar Sy (tytułowy Samba), aktor, którego rola chłopaka z przedmieścia (w „Nietykalnych”) zapisała się na kartach historii francuskiej kinematografii, nie czaruje nas i nie powala. Spotykamy go w momencie zatrzymania przez policję i umieszczenia w ośrodku dla imigrantów. Tam dostaje nakaz opuszczenia Francji, ale bez natychmiastowej deportacji, co pozwala mu nadal nielegalnie czekać na cud. Brak mu jednak sprytu, przedsiębiorczości i wiarygodności jako imigrant, który od dziesięciu lat stara się przetrwać we Francji. Zagubiony, niezbyt efektywnie walczy o swoje na obcym kawałku ziemi. Jego życie zdecydowanie zmienia się, gdy poznaje pseudo Brazylijczyka, również nielegalnego imigranta i dzięki niemu zaczyna zdobywać pieniądze, a przede wszystkim otwiera się na otaczający świat. W jego życiu pojawia się także Alice, wypalona pracą w korporacji histeryczka, świetnie zagrana przez Charlotte Gainsbourg. Tych dwoje zaczyna łączyć coś więcej, ale dzieje się to bardzo nieporadnie i to w sumie jedyny „śmieszny” akcent tego filmu.
Temat niezwykle na czasie, problem uchodźców na całym świecie wywołuje dziś wiele emocji. Jest to też materia często najeżona dramatem, skrajnością, trudnymi decyzjami. Gotowy scenariusz na film. Duet Toledano i Nakache poszli jednak trochę na łatwiznę. Bohaterowie dość banalni jak na taką różnorodność imigrantów, którzy masowo przybywają do Francji. Uczucie rodzące się między nimi również bardzo nieporadne, groteskowe trochę. Bez przekonania, jakby na siłę. Jasnym punktem jest postać Walida (Tahar Rahim)-Araba, który przeistacza się w Brazylijczyka, by celniej uwodzić kobiety. Zabawny, konkretny i szczery, doskonale wszedł w postać imigranta-cwaniaka. Przekonał nas do siebie.
Zakończenie filmu mogłoby być ciekawe i zaskakujące. Mogłoby być, ale niestety nie jest. Niemrawa Alice, nagle przebudzony i podejmujący dziwną decyzję Samba, plus zbieg okoliczności dają nam tylko namiastkę mocnego finału. Dążenie do „happy endu” za wszelką cenę, zgubiło reżyserów. Nawet aktorom, starającym się za wszelką cenę tchnąć ducha w postaci, momentami trudno było wyjść poza ograniczenia związane ze scenariuszem.
Ci, którzy czekali na powtórzenie sukcesu „Nietykalnych” będą rozczarowani. Ci, którzy nie oglądali poprzedniej fabuły, mogą stwierdzić, że „Samba” to zgrabna opowieść o miłości, o łączeniu multikulturowym, z dość wyraźnymi niekiedy osobowościami. Bo to jest w sumie miła i przyjemna dla oka historia, tyle że widz zawsze chce więcej, chce czerpać jakąś wiedzę, chce wyjść z kina bogatszy w emocje, doznania. Marzy o zmianach kupując bilet, o tym, że film nim wstrząśnie. Tak jak to było po „Nietykalnych”, który okazał się strzałem w dziesiątkę i wdarł się do naszych serc. „Sambie” tego brakuje.
Ewa Podleśna-Ślusarczyk
(ewa.podlesna@dlalejdis.pl)
„Samba”, reż i scen. Eric Toledano, Olivier Nakache, Francja, 2014, dystr. Gutek Film
Komentarze