Serena (Jennifer Lawrence) to kobieta świadoma siebie, nakierowana na sukces i przede wszystkim, wspierająca swojego męża. Natomiast George Pemberton (Bradley Cooper) - mąż głównej bohaterki, to mężczyzna, który na pierwszy rzut oka ma wszystko, aby osiągnąć sukces, jednak sam wybiera tylko kobietę – kandydatkę na swoją przyszłą żonę.
Owa dama ukazuje siłę charakteru, determinację oraz bezwzględność. Niewątpliwie te cechy pragnąłby posiadać George Pemberton. Tym samym kobieta prezentuje postawę, z jaką jej małżonek sam chciałby być utożsamiany, silny człowiek, umiejący prowadzić własne przedsiębiorstwo, stanowczy i odważny.
Niewątpliwie tę postać można odebrać jako uosobienie pragnień głównego bohatera. Jest niczym odbicie lustrzane jego wnętrza, tego czego sam się boi - a co bardzo chciałby mieć - osiągnąć. To właśnie ona determinuje jego działanie.
Dlatego właśnie Serena zajmuje pierwszy plan, będąc jednocześnie intensywnym i mocnym tłem dla dość spokojnego - choć wewnątrz kipiącego od niespełnienia, mężczyzny. Jednak zaspokojenie pragnienia – którym jest ambicja, to balans na linii życie - śmierć.
Mąż wpatruje się w Panią Pemberton jakby wyczekiwał odpowiedzi na swoje wątpliwości. Wszystko jednak zaczyna się zmieniać, gdy role się odwracają, a odbicie w postaci żony zaczyna wymykać się spod kontroli. Natomiast główny bohater postanawia - poniekąd podświadomie, owego odbicia się wyrzec - intuicyjnie dalej do niego dążąc.
Cały film jest bardzo płynny. Akcja pomimo zwrotów, nie jest szarpana, a bardzo naturalna. Widzowi ukazuje się po prostu historia ludzi z początku XX wieku. Ta naturalność i spokój jest niczym zastygła tafla wody na chwile przed zbliżającym się sztormem, który w konsekwencji i tak przychodzi.
Jest tu miłość, chęć posiadania, wyrachowanie, strach, ból, ale także tęsknota za tym co niespełnione - co nie następuje i przerażenie, gdy to się zaczyna zdarzać.
Scenariusz Christophera Kyle’a jest z pozoru prostą historią, jednak zawiera w sobie elementy melodramatu, psychologii, obyczajowości, a także poniekąd dreszczowca.
Same sylwetki postaci nie są nakreślone w sposób pełny i wydają się raczej prostolinijne. Można odnieść wrażenie iż bohaterowie już od urodzenia wiedzeni są jedną, jedyną drogą na końcu której znajduje się cel, który mają osiągnąć. Po jego osiągnięciu giną psychicznie lub fizycznie. Tym samym czyni to charaktery postaci łatwiejsze w wychwyceniu ich esencji.
Całość wywiera na odbiorcy ogromne wrażenie, przede wszystkim poprzez spokój zawarty w fabule. W tym obrazie cisza, natura i milczenie mają ogromną moc i siłę. Można zarzucać temu tytułowi iż historia Państwa Pemberton nie do końca została wykorzystana, a jej potencjał spalił się szybkim i krótkim ogniem. Jednak jest to dość powierzchowna ocena. Owszem, niektóre wątki (np. młodość Sereny mogły być wykorzystane jeszcze bardziej i szerzej) jednak brak tego nie odbił się w końcowym rozliczeniu filmu.
Dobra gra aktorska, historia i mieszkająca między tym wszystkim tajemnica będąca dla każdego nieco inna, to właśnie te elementy pozwalają odbiorcy na bycie w tym świecie i przeżywanie opowieści, która intryguje. Jest to bibelot - oczarowujący formą acz posiadający okrutne, nieprzyjazne wnętrze i przede wszystkim, własną historię.
Katarzyna Prędotka
(katarzyna.predotka@ddlalejdis.pl)
Reż. Susanne Bier, „Serena”, prod. Czechy, Francja, USA, dyst. Monolith 2014
Komentarze