Główna bohaterka Maria (Krystyna Janda) jest Polką, laureatką Nobla w dziedzinie literatury. Od lat mieszka w małej włoskiej miejscowości. Prowadzi spokojne i raczej dostatnie życie. Nie oznacza to jednocześnie, że jest ono płaskie i nudne. Maria jest nadal pełną życia kobietą, która pragnie emocji i uczestnictwa w toczącej się historii świata. Gdzieś pomiędzy pisaniem nowych wierszy, a zakupami na wybrzeżu zacieśnia bliżej swoją znajomość z młodym arabskim imigrantem. Oczywiście nie pozostanie to niezauważone przez rodzinę jak i lokalną high society. Romantyczna więź z Nazeerem będzie nie tylko jedyną formą skandalu, którą Maria wywoła. Otrzymując nagrodę od burmistrza miasta, nobilstka postanowi wyrazić swoje zdanie na temat kryzysu politycznego i społecznego panującego w Europie. Szokująca dla wielu będzie nie tylko forma tego wyznania ale także chęć zwrócenia Nobla do szwedzkiej akademii. Sytuacja wzburzy lokalnych polityków, ważne osobistości i mieszkańców. Odbije się dalekim echem w w całym świecie, a dla Marii będzie w konsekwencji również oznaczała duże zmiany w życiu osobistym.
Tak jak i poprzednich filmach Borcucha, które miałam okazję zobaczyć (m.in. „Nieulotne” i „Wszystko co kocham”), ten również od strony formalnej jest świetną historią. Uroku dodają znakomite i świetnie zrobione zdjęcia, w wyjątkowo urokliwy sposób pokazujące piękno włoskich małomiasteczkowych przestrzeni. Fantastyczny jest także sposób narracji jak i opowiadania historii, której towarzyszymy oraz, co bardzo ważne, świetna, międzynarodowa obsada, nie zawodząca pod żadnym względem. Bardzo dobrze wypadła Kasia Smutniak jako Anna, córka filmowej Marii jak i główna bohaterka grana przez Krystynę Jandę - świadoma starzenia się, pragnienia emocji jak i nie pozostająca obojętna wobec współczesnych konfliktów świata. Jedyne czego mi brakuje to więcej treści lub więcej emocji. Najsilniejszą i najwyrazistszą postacią jest dla mnie Anna - przejmująca się, starająca się opanować różne zachowania matki. Sama Maria oczywiście także jest niepowtarzalną i wyjątkową osobistością. Lokalną gwiazdą, która w każdym momencie chce zagłębić się w życiu i każdym jego odcieniu. Jednocześnie jest dla mnie jednak przedstawicielką raczej zamożnej lokalnej grupy społecznej. W bezpieczny i przyjemny sposób żyje w dostatnich warunkach. Jej wystąpienie przeciwko obłudzie współczesnej Europy jest silne, a zarazem, jak dla mnie, oderwane od postaci. Nie ma w tym głębokiego bólu, idealistycznej walki czy głosu współczesnej aktywistki. Bardziej jest to dla mnie tylko wyrażenie takiego zdania jako kolejnego obajwu buntu przeciwko upływowi czasu czy małomiasteczkowej konserwie i lękowi przed uchodżcami z Afryki. I dlatego może nie ma nic w tym więcej poza wyrażeniem pewnego zdania na oficjalnej imprezie przez utytułowaną literatkę.
Dla mnie jest to opowieść o dojrzałej kobiecie, której serce i dusza chcą jeszcze wiele znaczyć i zobaczyć. Jest jednak zbyt powierzchowna, by mówić tu o płynącym z głębi buncie lub by stać się orędziem przeciwko dehumanizacji Europy. Tak jak wcześniej wspomniałam, gra aktorska, narracja jak i strona wizualna filmu są znakomite. I mimo wielu emocji zabrakło mi po prostu w nich ognia. Z całą pewnością „Słodki koniec dnia” jest filmem, który opowiada zarówno z indywidualnej jak i społecznej perspektywy o tym, co obecnie się dzieje we Włoszech jak i Europie. Możne stanowić kanwę wielu refleksji. Jednak ma w sobie zbyt mało by stać się pełnometrażowym orędziem lub społeczną kroniką dziejących się wydarzeń.
Agnieszka Pater
(agnieszka.pater@dlalejdis.pl)
„Słodki koniec dnia” DVD
Komentarze