Film który święcił triumf w kinach, dziś jest równie chętnie kupowany na płytach DVD. Historia opowiedziana w nim, jest bowiem tak aktualna, tak newralgiczna, nie tylko dla Francuzów, ale i dla wszystkich państw, w których imigranci stanowią znaczną część społeczeństwa, że ogląda się ją jako lekcję pokory. Jest to również ogromny sprawdzian z naszego multikulturowego poczucia humoru, co pokazuje realny poziom naszej tolerancji.
Claude i Marie, to konserwatywne, katolickie francuskie małżeństwo. To wiele o nich mówi. Wspólnie wychowują cztery córki, nie stając na ich drodze do szczęścia, choć z wielkim bólem przyjmując ich wybory. Bo czyż można bez mrugnięcia okiem zaakceptować trzech zięciów różnych narodowości? Żyd, Arab oraz Chińczyk w jednej rodzinie to mieszanka wybuchowa. Kolorowa tęcza oraz „Benneton”. Państwo Verneuil postrzegani są przez równie zasadniczych sąsiadów jako komuniści, co dla Claude’a gaullisty jest porażką życiową. Gdy na wydaniu pozostaje czwarta córka, małżeństwu pozostają już tylko modlitwy o wymarzonego zięcia. Gdy w końcu się pojawia Charles, katolik, oboje są ogromnie szczęśliwi, do czasu, aż okazuje się, że jego czarny kolor skóry zwiastuje kolejne problemy.
Reżyser Philippe de Chauveron doskonale wyważył proporcje pomiędzy tematami tabu a pastiszem. Nie obawiał się obnażyć żadnych ludzkich słabości, ani naszego samouwielbienia, ani braku tolerancji bliźniego, jeżeli nie wygląda tak jak my i nie wierzy w tego samego boga. Wytknięciu błędów nie ustrzegła się także profesja terapeutów, z których dziś coraz chętniej korzystają ludzie na całym świecie. Przerysowanie zdawkowych i niewiele mających wspólnego z pomocą sesji, na tzw. kozetce, pokazuje jak bardzo ludzie pragną uporządkować swe życie. Jak marzą o tym, by było ono prostsze i nie wymagające zmian w światopoglądzie. Doszukują się często na siłę zdarzeń w przeszłości, które nie pozwalają pogodzić się z innością i tłumaczą ich niechęć do innych narodów. Niechęć, która w „Za jakie grzechy...” przybiera maskę żartów. Za to żartów pełną gębą. Śmiejemy się po równo ze wszystkich nacji, nie dając nikomu żadnych forów.
Trzeba także wspomnieć o kolejnej świetnej roli Christiana Clavier, znanemu polskim widzom z serialu „Goście, goście” , czy „Asteriks i Obeliks”. Dojrzały już lekko posiwiały 65 letni aktor, po raz kolejny zabłysł na dużym ekranie.
Choć film w drugiej połowie trochę traci na jakości, dostosowując się do wymogów przymusowego szczęśliwego zakończenia (bo taki film lepiej się ogląda i sprzedaje), to trzeba przyznać, że jest to komedia na wysokim poziomie. Nie jest kolejną ogłupiającą bajeczką o ćwierćinteligencie, którego spotykają nieprawdopodobne zdarzenia. Ta komedia, to nasza rzeczywistość. Jej aktorzy to my sami bez różowych okularów. Wystarczy rozejrzeć się wokół, by wiedzieć, jak wielu imigrantów jest wśród nas i jak bardzo musimy my sami się zmienić byśmy mogli współistnieć. Pytanie tylko, czy potrafimy się śmiać sami z siebie i czy ta komedia nie obnaży naszych własnych słabości? Przekonajcie się sami...
Ewa Podleśna-Ślusarczyk
(ewa.podlesna@dlalejdis.pl)
"Za jakie grzechy, dobry Boże?", Gutek Film
Komentarze