„Fighter” - najlepsze scenariusze pisze życie

Recenzja filmu Fighter.
- Nie staraj się być mną, jeśli nie potrafiłeś być nawet sobą! - to zdanie wykrzyczał w twarz Dickyemu jego młodszy brat – Micky i,...

moim zdaniem, właśnie ono powinno być mottem najnowszego filmu Davida O. Russella pt. „Fighter”, który już niedługo będzie można oglądać na ekranach polskich kin.

Scenariusz filmu oparto na prawdziwej historii amerykańskiego boksera Micky’ego Warda, którego droga do sukcesu na ringu nie była usłana różami. Mark Wahlberg, odtwórca głównej roli, stanął przed nie lada wyzwaniem stworzenia kreacji człowieka zagubionego, ale i uparcie dążącego do celu.

Dicky (Christian Bale), który był kiedyś nazywany „dumą Lowell” dzięki znokautowaniu na ringu Sugar Ray Leonadra, stał się zwykłym ćpunem, marzącym o kolejnej działce. W chwilach świadomości stara się trenować Micky’ego, by ten zajął jego miejsce wśród bokserskiej elity. Przyrodnich braci wspiera wspólna matka (Melissa Leo), która zarządza karierą syna, nie mając o boksie właściwie żadnego pojęcia, a także lokalny policjant (Mickey O'Keefe), który dostrzega w młodszym z braci prawdziwy potencjał i chce go trenować. Niestety, dla Micky’ego „rodzina jest najważniejsza” i z tego powodu odrzuca propozycje wpływowych i majętnych ludzi, którzy pomogliby mu dostać się na szczyt bokserskiego panteonu.

W końcu jednak w życiu zahukanego, stłamszonego i sponiewieranego mężczyzny pojawia się barmanka Charlene (Amy Adams), dzięki której podporządkowany woli rodziny bohater zaczyna zastanawiać się, na czym jemu samemu najbardziej zależy. Tak naprawdę dopiero koło trzydziestki przechodzi bunt wobec narzucanych mu schematów i ról. Ku przerażeniu matki i brata dogaduje się z policjantem, ojcem i szefem taksówek, by ci pomogli mu i zapewnili lepsze wsparcie niż naćpany brat i egoistyczna matka. Sprawę ułatwia fakt, że Dicky trafi do więzienia, skąd nie jest w stanie kierować przygotowaniami brata, przed którym właśnie rozpościerają się drzwi do międzynarodowej kariery.

Mark Ward nigdy nie był wielką gwiazdą boksu, na Wikipedii wpis na jego temat jest dużo krótszy niż ten poświęcony jego bratu (który nosi nazwisko Eklund). A jednak to właśnie jego Russell umieścił w centrum swojego obrazu i wokół jego postaci skoncentrował siłę filmu. Moim zdaniem, wynikało to głównie z przekazu, z którym chciał trafić do widzów. Cytowane na początku zdanie pada w przełomowym dla Micky’ego momencie filmu. Do tej pory młodszy brat stanowił katalizator wszelkich emocji w rodzinie, a jednocześnie jego głównym zadaniem było spełnianie oczekiwań wszystkich dookoła. Zapędzając się w kozi róg bycia zawsze takim, jakim inni chcieli go widzieć, Micky zatracił poczucie samego siebie. Toksyczna rodzina nie pozwoliła mu rozwinąć skrzydeł, by nie odleciał za daleko, pozbawiając ich swoich pieniędzy za walki.

I właśnie to najmocniej uderza w „Fighterze”, ta bezradność, rozdźwięk między poczuciem obowiązku wobec najbliższych i zgodą z samym sobą. Największą i najważniejszą walką, którą oglądamy na ekranie, nie są pojedynki napakowanych, spoconych i ziejących testosteronem bokserów. Głównym problemem filmu nie jest zdobywanie tytułów i dążenie do kolejnych sukcesów. Najistotniejsze jest znalezienie odpowiedzi na pytanie, co jest dla mnie ważne i dobre, co ja sam uważam za najwłaściwsze i najodpowiedniejsze dla mnie.

Obraz David O. Russella nie jest filmem wybitnym, w wielu miejscach przypomina „Zapaśnika” Danny’ego Aronosfsky’ego. Warto jednak go obejrzeć chociażby dla Christiana Bale’a, do którego rąk zdecydowanie powinien trafić tegoroczny Oskar za rolę drugoplanową (został już nagrodzony Złotym Globem). Jego postać jest najbardziej wyrazista, najmocniej uderzająca widza. Bale po raz kolejny udowodnił, że oprócz urody nie można mu odmówić wyjątkowego talentu aktorskiego, który pozwolił mu bronić ulic Gotham City, „prestiżowo” wyczarowywać królika z kapelusza i ćpać crack na ekranie. „Plastyczność” jego mimiki i ruchów sprawia, że każda odtwarzana przez niego postać jest pełna, wewnętrznie spójna i po prostu wiarygodna.

Na uwagę zasługuje również Mark Wahlberg, który, choć gra rolę pierwszoplanową, tak naprawdę przez większość czasu pozostaje w cieniu. Dzięki takiej „przezroczystości” Micky w jego wykonaniu jest autentycznym, cichym bohaterem, który pojawia się wtedy, gdy trzeba i tam, gdzie trzeba. Szkoda, że jury oskarowe nie doceniło wkładu Wahlberga w film Russella.

Doceniono natomiast role żeńskie; zarówno Adams, jak i Leo, znalazły się w gronie nominowanych do tegorocznej nagrody. Moim zdaniem, szczególnie ta druga zagrała bardzo dobrze swoją postać z tapirem na głowie i w jeansowej spódniczce. Leo pokazała, że wie, jak odgrywać różne emocje, jak pokazać prawdziwe, czasem mroczne strony życia.

„Fighter” to nie jest film, który można oglądać pięć czy dziesięć razy. Nie ma zapadających w pamięć gagów, nie ma wciskających w fotel efektów specjalnych, nie ma wybitnej ścieżki dźwiękowej. To film o poszukiwaniu siebie i podejmowaniu trudnych decyzji. Po prostu o życiu.

Michalina Guzikowska
(michalina.guzikowska@dlalejdis.pl)


Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat