Analizujemy budżet, planujemy, planujemy, a potem realizujemy w wariackim tempie. Tak, to właśnie zakupowa przedświąteczna gorączka.
Pierwszy i główny powód świątecznej gorączki to właśnie prezenty. W zasadzie powinny być symboliczne (no bo jak obdarować dwadzieścia osób, które zjedzie się na święta), ale wychodzi różnie. Chodząc po sklepach wpadamy w swego rodzaju zakupoholizm, nie kupujemy dla siebie, ale mamy silną potrzebę, aby coś kupić w ogóle (tyle ładnych rzeczy w świątecznych opakowaniach, aż proszą się, żeby je kupić dla babci/cioci/mamy). Odzywa się w nas silna potrzeba kupowania, a święta to doskonały pretekst, aby realizować tę potrzebę. Oczywiście nie u wszystkich. Jest to pewna kategoria ludzi, bo są i tacy, którzy dostają wysypki po godzinnej wędrówce po centrum handlowym. Nieważne, czy mamy na to wszystko pieniądze czy nie, warto się zastanowić czy takie wydawanie pieniędzy jest naprawdę konieczne... Kiedy ostatnio mama zapytała się mnie co mi kupić i czy coś mi potrzeba, po zastanowieniu się stwierdziłam, że nie, wszystko mam, naprawdę nic mi nie potrzeba. I w tym jest sedno, wszyscy sklepowi maratończycy i ich bliscy mają wszystko, nic tak naprawdę nie potrzebują. A ilu jest takich, którym do normalnego przyzwoitego życia potrzeba bardzo wiele... Taka chwila refleksji może obrócić się na dobre. Może warto umówić się z rodziną, że zamiast prezentów dla siebie, zrobimy paczkę dla kogoś obcego, kto potrzebuje wsparcia, albo wpłacimy pieniądze na fundację dla osób, które walczą z ciężką chorobą. A jeśli mimo wszystko pragniecie, aby cząstka obdarowywania się na święta pozostała tradycją, to ciekawym rozwiązaniem jest losowanie prezentów, tak dokładnie, jak w szkole. Każdy kogoś losuje i kupuje mu prezent do ustalonej kwoty. Ułatwieniem będzie jeśli każdy, wpisując swoje imię na kartce, dorzuci listę rzeczy, które chciałby dostać (płytę, konkretny tytuł książki). Szczególnie mężczyźni będą wdzięczni za takie rozwiązanie. I nie traćmy więcej godzin na te pielgrzymki po galeriach. Jest duszno, tłoczno, głośno. Nie traćmy czasu i pieniędzy bezmyślnie. Zróbmy z nich większy pożytek.
Nasz maraton świąteczny wiąże się nie tylko z prezentami. Bliżej świąt ogarnia nas szaleństwo kulinarne. Musi być syto, na bogato, z nutą ekstrawagancji jak w Top Chefie, a więc już nie podajemy sałatki warzywnej w zwykłej misce a wędliny w rulonikach na talerzu. Dekorujemy, ozdabiamy i układamy niczym w trzygwiazdkowej restauracji. Tyle naoglądaliśmy się programów o tematyce kulinarnej w ostatnim czasie, że głupio tak podać zwykłe gołąbki w sosie grzybowym, ba niech chociaż będą zawinięte w kapustę włoską, a sos niech będzie z nutą szafranu. Pierogi też ubarwiamy, może z soczewicą i szpinakiem tym razem? Nakręcamy się, aby było idealnie. Dopada nas perfekcjonizm kulinarny, który często kończy się przepracowaniem. Dobrze, jeśli mamy kogoś do pomocy, ale nie oszukujmy się, jeśli święta robimy u siebie, to i tak poczuwamy się do bycia organizatorem i gospodarzem i kontrolujemy wszystko od podszewki. Kupujemy mnóstwo produktów, gotujemy wiele potraw. A wystarczyłby ten barszcz z uszkami, pierogi z kapustą i grzybami, jakieś śledzie... Powiem szczerze, że jak nic pragnę tylko uszek i pierogów z kapustą. Zresztą ile można zjeść na raz po całym dniu poszczenia. Wpadliśmy w konsumpcjonizm, święta są szaleństwem, gonitwą i krótką wspólną chwilą przy stole w asyście kolęd śpiewanych przez kapele góralskie w telewizji. Dwa lata temu spędziłam wegańskie święta, podobało mi się, bo absorbuję i praktykuję kuchnie wegańską (jedząc jednocześnie mięso). Potrawy były przyrządzone na sposób wegański, ale bazując na tradycyjnych potrawach jak ryba w galarecie z kotletów sojowych czy sernik z tofu. Przyjaciele weganie postarali się, aby zachować klimat świąt. Nie byłabym jednak zadowolona, gdyby na święta zamiast ryby po grecku zaserwowano mi sushi albo krem brulee zamiast sernika. Nie jestem tradycjonalistką, ale w końcu oczekiwania wobec świąt mamy zakodowane w głowie. Nie silmy się na tak radykalne smaki.
No i biegniemy dalej. Maraton trwa, sprzątamy, jeździmy i odwiedzamy rodzinę. Codziennie przy stole, codziennie trzeba się wysilić na rozmowę o tym co u nas słychać, skosztować kolejnych potraw i jeszcze kogoś odwiedzić. I najważniejsze zadzwonić! No tak, kto dziś wysyła kartki z życzeniami. Zwyczajowo trzeba zadzwonić skoro rozmowy niemal we wszystkich sieciach są za darmo. Zaraz po wieczerzy wigilijnej telefony rozdzwaniają się we wszystkich domach, zalewa na fala sms-ów z bałwanami i mikołajami w roli głównej, i każdy podaje je dalej i wysyła... I siedzimy w smatfonach, telefonach, bo przecież trzeba złożyć życzenia, więc nikt nie powinien mieć do nas o to pretensji. Powiem szczerze, ja od paru lat nie wysyłam, nie odpowiadam. Może dlatego znajomi przestali mnie zaznaczać w hurtowej wysyłce smsów, ale wiecie co, nikt się za to na mnie nie obraża i jeszcze nikt mi tego nie wypomniał po świętach. Dla mnie telefon to męczący złodziej czasu. Więc rzucam go w kąt, a w święta to już w ogóle. Pragnę jedynie odpocząć i mieć święty spokój.
W pędzie w jakim żyjemy na co dzień tracimy kontrolę nad własnym życiem, wiele niepotrzebnych czynności wykonujemy nieświadomi , przez co jesteśmy notorycznie zmęczeni. Święta to czas, kiedy ta prędkość życia wzrasta i to nas wykańcza zupełnie, tracimy energię na niepotrzebne rzeczy, żyjemy w stresie i zamiast odpoczynku i wyciszenia dostajemy ból głowy. Jakby tak już teraz zatrzymać się na chwilę aby w spokoju wszystko przemyśleć i na nowo zaplanować to jesteśmy w stanie zapewnić sobie i najbliższym przyjemną atmosferę i komfort psychiczny. Darować sobie objazdówkę świąteczną po rodzinie, zawczasu wysłać kartki jednym rzutem z życzeniami (jacy będą zaskoczeni!) i spędzić spokojne święta w rodzinnym gronie, tak jak zawsze sobie tego życzymy. Zapalić świeczki i delektować się zapachem choinki i pomarańczy. Tego wszystkim życzę, wyciszenia i spokoju na święta.
Aneta Nowak
(aneta.nowak@dlalejdis.pl)
Fot. pixabay.com
Komentarze