„Godzilla” - recenzja

Recenzja filmu „Godzilla”.
„Godzilla” na pewno wpisze się w panteon amerykańskich filmów o dużych potworach niszczących świat.

Kino katastroficzne, w którym wielkie potwory panoszą się po miastach, jest specjalną i zindywidualizowaną gałęzią kinematografii, ale niestety zgodnie z nazwą bywa totalną katastrofą. Choć zdarzają się też miłe wyjątki.

Godzilla! Aaaa! Godzilla! Nie, no… Naprawdę, przecież Amerykanie już raz robili ten film i spieprzyli po całości. Powstało jakieś dziwadło opierające się na miłości chłopca do swojego psa, tylko że tutaj Burek trochę urósł i jest wielkości wieżowca. Ale to było kiedyś. Teraz mamy nowe technologie, twórcy teoretycznie wiedzą, że widz nie jest skrajnym idiotą łykającym wszystko i podchodzą ambitnie do tematu. Jednym z niewielu filmów o gigantycznych potworach, który można oglądać wielokrotnie to „Projekt: Monster”, który zrealizowano nowatorsko i był rewelacyjny, choć niedoceniony. Obawy przed najstarszym potworem świata były zrozumiałe. Ale niepotrzebne.

Film opowiada historię rodziny Brody, która zaczyna się, gdy w nieszczęśliwym „wypadku”, podczas awarii w elektrowni atomowej, ginie żona Joe Brody'ego – Sandra. Owdowiały ojciec, męczony wyrzutami sumienia i pchany obsesją, stara się udowodnić, że awaria nie była tylko katastrofą spowodowaną przez siły natury, ale że stało za tym coś więcej. W międzyczasie wychodzi sprawa Godzilli, ale specjalnie rozbudowane streszczenie może niepotrzebnie zdradzać istotne szczegóły. Zachód lubi tajemnice, które rozwiązują się na ekranie – Japończycy właściwie wszystko zdradzili już w zwiastunie.

Obsada była bardzo obiecująca i zachęcająca do zobaczenia filmu w kinie. Juliette Binoche, Bryan Cranston, Aaron Taylor-Johnson, same rewelacyjne postacie – Kick-ass, Heisenberg i... Juliette Binoche. Nie to rzuca się jednak w oczy, a to że wszystko jest zaskakujące rozsądne. Jak ktoś powinien umrzeć, to nie otrzepuje z siebie kurzu, tylko umiera. Ludzie myślą logicznie i jak coś trzeba zabić, to podejmują taką decyzję, a nie wykazują się instynktem samozachowawczym pierwotniaka i rozważają „a może on nas lubi?”. Efekty specjalne to oczywiście światowy majstersztyk, więc nie ma co się rozwodzić. Interesujące są odwołania do tradycji, nie takie bezsensowe amerykanizowanie filmu na siłę, ale ukłon w stronę japońską – model potwora, miejsca akcji, konstrukcja.

Reżyserem jest niejaki Edwards, który, wydawać się może, został niedoceniony za swój wcześniejszy film „Strefa X”, gdzie stworzył niesztampową opowieść. Nie zawiódł przy „Godzilli”, która na pewno wpisze się w panteon amerykańskich filmów o dużych potworach niszczących świat, a dokładniej zajmie drugie miejsce z dwóch. Reszta się nie liczy.

Semko Bayer
(semko.bayer@dlalejdis.pl)

“Godzilla”, reż. Gareth Edwards, USA 2014



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat