„Harry Potter” - to nie jest film dla małych dzieci

Recenzja filmu Harry Potter i insygnia śmierci.
No, dobrze, zgodzę się, że mroku tu nie brakuje. Niejeden rasowy horror mógłby czerpać ponury klimat z filmu, bazującego na, bądź co bądź, książkach dla dzieci.

Świat opanowany przez Lorda Voldemorta pogrąża się w coraz większym chaosie, słońce rzadko przeziera przez chmury, a po ulicach snują się przerażający dementorzy, istoty wysysające z ludzi szczęście i radość. Gazety, zarówno czarodziejskie, jak i mugolskie, donoszą o licznych porwaniach i zabójstwach. Śmierciożercy, zausznicy najpotężniejszego czarnoksiężnika wszech czasów panoszą się, siejąc strach, szczególnie wśród czarowników pochodzących z niemagicznych rodzin. Bezpieczni nie mogą być również ci, którzy murem stali na największym przeciwnikiem Voldemorta, Dumbledorem, który zginął pod koniec poprzedniej części. Mroczny znak widniejący na niebie zwiastuje nadejście złych czasów.

Fani Pottera znają fabułę, więc bez sensu jest opowiadać o szczegółach. Z kolei ci, którzy do tej pory nie zaznajomili się z opowieściami o jego przygodach, najprawdopodobniej odpadli w maratonie oglądania mniej więcej przy czwartej części. Niestety, bez jakiejkolwiek orientacji w biegu wydarzeń, którą można zyskać tylko czytając książki, film Davida Yatesa staje się kompletnie nieczytelny. Skąd nagle biorą się poszczególne postaci? Dlaczego głównie bohaterowie wiedzą, kto jest kim już po sekundzie obecności na ekranie? Kim jest Fluer Delacour lub olbrzymka stojąca obok Hagrida? Dlaczego Harry traktuje Ksenofiliusa Lovegooda z przymrużeniem oka? No i czym są horkruksy? Wie to tylko ten, kto przeczytał książki.

Ale nawet największy, najbardziej oddany fan Harry'ego nie będzie ogryzał z nerwów paznokci, a na usta nie będzie mu się cisnęło „Harry, uważaj!”, bo ostatnia, kulminacyjna część filmowej opowieści jest po prostu nużąca. Rozumiem, że skoro zdecydowano się na podział „Insygniów Śmierci” na dwie części, to „coś” trzeba zostawić na sam samiutki koniec. Ale czy to oznacza, że tak bezczelnie można zanudzać widza przydługimi sekwencjami scen, w których uczestniczą tylko Harry i Hermiona? Przecież to świat czarodziejów, w którym wszystko zmienia się po dotknięciu różdżką, a dodatkowo trwa największa wojna w historii. Szkoda, że sama Rowling, która brała udział w produkcji, pozwoliła tak zamordować dynamikę własnej opowieści.

Byłabym jednak niesprawiedliwa, twierdząc, że film twórcy dwóch poprzednich części „Harry'ego” to totalna klapa. Efekty specjalne jak zwykle stoją na odpowiednim poziomie. Na szczęście również Yates nie zrezygnował z najmocniejszych punktów, czyli aktorów. Sprawdzają się głównie ci, którym powierzono role epizodyczne. Charakterystyczna, najbardziej mroczna i przerażająca czarownica, czyli Helena Bonham-Carter, hipnotyzuje i wywołuje dreszcze. Podobnie Ralph Finnes, zmieniony niemal nie do poznania w Voldemorta, zamraża atmosferę swoim spojrzeniem. Przezabawnie, jak zawsze, prezentują się bracie Phelps, czyli niezawodni bliźniacy Fred i George Weasley. Trochę szkoda, że odtwórcy głównych ról wydają się nimi zmęczeni, przez co ani Harry (Daniel Radcliffe), ani Ron (Rupert Grint), ani Hermiona (Emma Watson) nie wypadają oszałamiająco. Z ekranu przebija ich pragnienie, żeby to wszystko już się skończyło.

Szkoda tylko, że to pragnienie udziela się widzowi, który też czeka na napisy końcowe.

Michalina Guzikowska
(michalina.guzikowska@dlalejdis.pl)


Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat