Jak dobrze, że na pewno nie będzie czwartej części.
Niby nie można determinować wszystkiego na początku. Niby demonizowanie i z góry oceniania dzieła jako kompletną klapę jest niewłaściwe, a wytwory cudzej wyobraźni jak dobry sos musi się przegryźć, by nabrać właściwego smaku. Ale czy na pewno? Wyobraźmy sobie, że mamy gotowy przepis na jajecznicę z grzankami – nic wielkiego, bo lekkostrawne było założenie. Przychodzi, kucharz zafascynowany prostotą, a jednocześnie wielkością mistrza i jego przepisu. Ale co to? Ze zwykłego pieczonego chleba i kilku jaj robi się pieczeń rzymska, chłodnik, kilka przystawek i deser. Oczywiście wszystko zawiera chleb i jajka, ale czy naprawdę konsumentom o to chodziło?
Bitwa Pięciu Armii to już ostatnia cześć z serii Hobbit wyreżyserowanej przez Petera Jacksona. Obudzony smok postanawia rozjaśnić sytuację na zewnątrz, a krasnoludy cieszą z nowego M4 z dość kosztowną piwnicą. Niedługo cieszą się z bogactwem, bo zewsząd nadciągają sprzymierzeńcy po swoją część udziału w łupach oraz złowrogie orki chcące po prostu komuś dokopać. Gandalf przez większość filmu zajmuje się swoimi sprawami – szczerze trudno to opisać inaczej.
Nie powinno być tak, że po przeczytaniu książki idąc do kina, widz jest pełen krytycyzmu i przez następny tydzień posiłkuje się artykułami, odwołaniami do książki i licznymi komentarzami mającymi rozwiać wątpliwości. Jasne, z góry mi mówiono, że to nie dosłowne odniesienie do książki, ale oczekiwania pozostały. Szczere wrażenie po wszystkim niesie ze sobą jedno zdanie „Co to było za gówno?!” swoją drogą jest to oryginalny cytat zasłyszany na sali kinowej już przy napisach końcowych. Mogło być przepięknie. Petarda wisiała w powietrzu. Wszystko gdyby Jackson ograniczył się do tego co pokazał w zwiastunach. Niestety, nie ograniczył się. Najbardziej z całego widowiska denerwował nad wyraz miałki motyw miłosny Tauriel z Killim. Boże jakie to było słabe! Sceny były wprowadzone w tak niedorzecznych momentach, że skutecznie obrzydzały wszystko pozostałe. Następną wisienką na torcie było absolutne pogwałcenie praw fizyki przez Legolasa. Poza tym jego postać też nic nie wnosiła i mocno wypłycała fabułę. Poza tą otwierającą pochód idiotyzmów dwójki mamy jeszcze cały zastęp bzdur, których opisanie zajęłoby zbyt dużo czasu.
Chcąc być szczerym to były momenty dobre i wielkie, ale skutecznie wprowadzone wątki poboczne nie związane w żaden sposób z książką czy w ogóle z twórczością Tolkiena pociągnęły tytuł na dno. Obiektywnie mówiąc można być przekonanym, że na tak kiepski obraz dzieła miały wpływ zapewne naciski z wytwórni, by jak najwięcej nachapać się pieniędzy, bo innych powodów nie widzę. Władca pierścieni był świetny, zrobił go ten sam człowiek, a jednak coś nie zaskoczyło. Nie mam nic przeciwko grzebaniu głębiej w historie i rozwinięciu wielu wątków niedomówionych przez Tolkiena. Nie mam nic przeciwko, że opowieść nabrała bardziej dorosłego wyrazu poprzez delikatne zbrutalizowanie i rozwinięcie wątków postaci. Wszystko byłoby pysznie, gdyby trwało to dwie części, wycięto wszystko co jest niepotrzebne, a czego z pozoru wymaga obecne kino akcji. Byłoby pysznie, tak jak chciał mistrz. Niestety jedyne co przyszło to biegunka i niestrawność.
Semko Bayer
(semko.bayer@dlalejdis.pl)
Hobbit: Bitwa Pięciu Armii, reż. Peter Jackson, USA/Nowa Zelandia 2014
Komentarze