Przeciętny człowiek pamiętający twórczość J.R.R. Tolkiena, rozkochany w ekranizacji „Władcy Pierścieni” przez lata przeżywał przyjemne mrowienie, gdy pomyślał o potencjalnie sfilmowanym „Hobbicie”. Z biegiem czasu mrowienie przerodziło się w zniecierpliwione dreptanie w miejscu, a w końcu euforię gdy stało się jasne, że marzenia się ziszczą.
Równo rok temu kinomani oglądali pierwszą z trzech części nowej trylogii. Już informacja o trzech częściach doprowadziła do lekkiego zdezorientowania, ale przecież Peter Jackson już raz wywiązał się ze swojego zadania idealnie. Po seansie miny były już nietęgie. Drobiazgowość i dodane elementy manifestowały wszechobecny kapitalizm producentów, a z tyłu głowy pojawiły się obawy co do kolejnej odsłony.
Fabuła jest bezpośrednią kontynuacją losów Thorina Dębowej Tarczy i jego rozwrzeszczanej ferajny z dodatkiem czarodzieja i hobbita Bilba. Chciałoby się powiedzieć, że to tyle w kwestii jakichkolwiek zmian w obsadzie, ale nie... Nie wiadomo skąd pojawili się Legolas i Tauriel - piękna elficka pomocnica niezdrowo zainteresowana przedstawicielem innego gatunku. Nie umiem znaleźć sensownego wytłumaczenia. Ale w końcu pokazano smoka! Orki stały się odległym zagrożeniem, a na pierwszy plan wyszedł inny, potężniejszy adwersarz.
Jezusieńku! Przecież te krasnoludy gotowe wbrew powieściopisarzowi ubić tego smoka jeszcze w podziemiach. Nie wiem co się działo na ekranie i co motywowało wytwórnią… Nie! Wiem co kierowało wytwórnią, ale przeczy to jakiejkolwiek przyzwoitości. Widz miał nastawić drugi policzek, ale nikt nie uprzedził, że dłoń będzie wysmarowana ekskrementami.
Idąc na drugą cześć „Hobbita” trzeba wiedzieć, że słowo adaptacja zostało wyeksploatowane maksymalnie w swoim luźnym znaczeniu. I z ogromnym bólem serca widzowie znający książkę przeżyją prawie trzygodzinny seans. Inni będą zadowoleni, a nawet zachwyceni. To jest dobry film, nie ten sam poziom co „Władca Pierścieni” ale to nadal jest dobra i zdecydowanie warta pójścia do kina produkcja. Znając książkę co chwilę nad głową będą się pojawiały znaki zapytania, ale fabuła jest wartka i nie nuży, efekty specjalne i widoki zapierają dech w piersiach i zdecydowanie warto będzie zobaczyć ostatnią, nadchodzącą cześć. Taki „Hobbit” o „nie-Hobbicie”, ale oko cieszy.
Semko Bayer
(semko.bayer@dlalejdis.pl)
“Hobbit: Pustkowa Smauga”, reż. Peter Jackson, Nowa Zelandia/USA 2013
Komentarze