Wszyscy, którzy myśleli, że popularność przerośniętych adwersarzy przeminęła wraz z ostatnią częścią Godzilli, są w grubym błędzie. „Pacific Rim” jest dzieckiem Guillermo del Toro, który jest znany choćby z drugiej odsłony dziennego wampira Bladea. Z grona aktorskiego jedyną rozpoznawalną postacią wydaje się być Idris Elba, skądinąd bardzo dobry aktor występujący w Prometeuszu Ridleya Scotta czy też znany z odtwarzania głównej postaci w serialu Luther. Jest to znak - film może być niezły. Fabuła jest jednak oklepana i nie różni się specjalnie od produkcji japońskich, czy od Power Rengers.
Ziemię napadają obcy, ale inwazji nie dokonują międzygwiezdnymi statkami tylko za pomocą gigantycznych potworów transportowanych na Ziemię dzięki portalowi na dnie oceanu spokojnego. Początkowo ludzie są w odwrocie, ale bardzo szybko uczą się budować gigantyczne roboty sterowane przez złączonych myślami dwóch pilotów. Rozpoczyna się bitwa, w której ludzie zaczynają mieć szansę wygrać.
Główny bohater „Pacific Rim” , Raleigh Becket, grany przez Charliego Hunnama jest jednym z pilotów takiej maszyny, niestety w wyniku dramatycznego starcia z potworem z głębin traci swojego współpilota – brata. Dochodzi do załamania postaci, która musi stoczyć wewnętrzną walk,ą by móc ponownie dać odpór potworom z kosmosu.
Przy tak banalnej fabule film daje dużo satysfakcji. Nie jest to ambitny Projekt: Monster, który był filmem innej klasy pokazującym, że można pokazać temat filmów o gigantycznych stworach w sposób ciekawy i interesujący, zaskakujący. Jest to kino akcji w skondensowanej formie, gdzie zbędne dialogi zostały zastąpione grzmotem łamanych, przerośniętych kości.
„Pacific Rim” to kawał kina akcji.
Semko Bayer
(semko.bayer@dlalejdis.pl)
„Pacific Rim”; Guillermo del Toro, 2013 USA
Komentarze