Każdy z nas doświadczył niejednokrotnie czegoś, co przyprawiło go o złość, smutek czy załamanie. Codziennie jesteśmy wystawiani na różnorodne próby. Jak zadbać o siebie, o dom, o dzieci, o studia, o pracę, o samochód, o rachunki i setki innych rzeczy. Nie zawsze się udaje, a niestety zawsze ma wpływ na nasz nastrój. Egzamin zawalony, w pracy redukcja etatów, a z mężem kolejna kłótnia w ciągu tygodnia. Jak z nerwów nie osiwieć? A jeżeli już to zrobić, to z klasą!
Każda nerwowa sytuacja, która wymaga, aby stawić jej czoła – jest prezentem. Nie jest krzywdą, nie jest karą, ani zemstą. To czas, w którym należy postawić sobie kilka pytań (np. czy naprawdę nie jestem w stanie temu sprostać?). Sprawdziłam na własnej skórze, polecam. Po drugie, zdecydowanie wyeliminowałam ze swojego słownika coś takiego jak „problem”. Nie używam tego pod żadnym pozorem! Wszystko, co dotychczas określałam tym słowem, określam teraz innym. Jest ono dużo bardziej motywujące, pokrzepiające i opiewające w optymizm. Mianowicie „wyzwanie”. Wszystko, co pojawia się na mojej drodze (i nie sprawia mi zbyt dużej przyjemności) jest dla mnie wyzwaniem. Po co mówić o złamaniu ręki, jak o problemie. To już nie zmieni tego, co się stało. Wszyscy wiemy, że taka sytuacja to ogromny dyskomfort, rehabilitacja i szereg nieprzyjemności. O ile traktując taką sytuację, jako wyzwanie, można poczuć się odrobinę lepiej, o tyle „problem” od razu pogorszy nastrój i zabierze siły. Dlaczego tak jest? Od dawien dawna używamy tego słowa. My, nasi dziadkowie, rodzice, nauczyciele. Na bazie wszystkich, przeżytych lat, dopisaliśmy sobie do niego wiele przymiotów. „Zły”, „trudny do rozwiązania”, „sprawiający przykrość”, „okropny”, „ciężki”. Można wymienić chociażby kilkadziesiąt takich przymiotów. Dlatego wszystko, co będzie w naszym przekonaniu problemem, okaże się dużo gorsze, niż czasem jest w rzeczywistości.
Spójrzmy teraz na cudowny substytut tego słowa. Każdy ma inne skojarzenia z nim, ale zakładam, że na pewno podobne. Co myślę o wyzwaniu? „Chęć do działania”, „doświadczenie”, „motywacja”, „siła”. Wielu ludzi jest tak przyzwyczajonych do występowania problemów, że takie ćwiczenie będzie dla nich nie do zaakceptowania. Mój mąż ciężko zachoruję, a ja mam mówić, że to wyzwanie? Tak, bo w gruncie rzeczy właśnie tak jest. To ciężki moment dla Was obojga, który (jeżeli się o to postaracie) umocni Was i uodporni. Skupiając się na tym, jak ciężka to dla Was chwila – nic nie osiągnięcie. Z kolei biorąc pod uwagę, że to, co się wydarzyło, jest pewnego rodzaju sprawdzianem – będzie łatwiej. Nie ma tu żadnych haczyków, a jedynie mechanizm naszych mózgów. To, jak się wyrażamy, ma wpływ na to, jak myślimy i odwrotnie.
Każde doświadczenie nigdy nie jest w stu procentach złe, ani w stu dobre. Tak skonstruowany jest świat. Aby coś zyskać, często trzeba coś utracić. Aby zacząć nowe, lepsze życie – często trzeba odciąć się od przeszłości. Aby poczuć ulgę i swobodę, często najpierw trzeba poczuć smutek i przykrość. Traktując wszystko, co nas spotyka w kwestii wyzwania, zawsze będziemy zmotywowani. Przede wszystkim do tego, aby pokonać daną trudność. Samo pokonanie i droga, którą trzeba będzie przejść przyniesie już wiele dobrego. Czym jest „problem”? Pustym, rozleniwiającym słowem, którego ludzie lubią nadużywać. Gotowy podjąć wyzwanie?
Paula Purgał
(paula.purgal@dlalejdis.pl)
Fot. pixabay.com
Komentarze