Podgrzewanie obiadu co pół godziny, wypatrywanie z drżeniem dłoni chłopa wracającego z pola walki bądź roli, krochmalenie, uginanie kręgosłupa nad tarą do prania, przytakiwanie, spełnianie małżeńskiego obowiązku i klepanie zdrowasiek, by bił tak, żeby nie bolało, to historia małżeńskiej chluby naszych przodków. Ich jedyną pozostałością są nowele Reymonta czy Sienkiewicza i nieśmiałe pytania naszych babć o to, kiedy w końcu wyjdziemy za naszego "narzeczonego". Współczesna brać kobieca przymyka na takie pytania oko, by nie zasmucać babci i śmieje się w duchu, bo jest niezależną, indywidualną jednostką, wolną od potrzeby związywania się z płcią brzydszą i (nie bójmy się tego słowa!) mniej zaradną, tylko po to, by sąsiedzi odetchnęli w końcu z ulgą. Nie, nie, nie! Współczesna kobieta pręży dumnie pierś na okładce "Sukcesu", bo dobrze wie: feminizm zwyciężył! Zdruzgotany patriarchat dogorywa w zupie, której już żadna z nas nie dogląda! Bo w tylnej części ciała ma i zupę, i patriarchat! Oto wreszcie bo latach batalii, świat stoi przed kobietą otworem.
Feministka pozna pana
Cóż jednak po tym, gdy mimo światłego umysłu i ciętej riposty serce, nie reagując na zmiany światopoglądowe nadal zwraca się ku płci męskiej. Kiedy, poetycko rzecz ujmując, dłoń dotknie pierwszy raz dłoni, robi się jakoś cieplej i jakby mniej bojowo. Umysł poddaje się wpływowi wiosny. Nie ma zatem innej rady niż wdać się w relację damsko-męską (na zasadach damskich rzecz jasna). Wprowadzić jasne reguły, ustalić, że żadnego prania, prasowania męskich kołnierzyków, gotowania obiadów i rodzenia dzieci z naszej strony nie będzie! Absolutnie! Oni, jeśli chcą, prosimy bardzo. Czy tak jest w istocie? Włóżmy pod lupę związek feministyczno-męski, aby zbadać, co naprawdę kryję się pod przykrywką walki o równość płci.
Na talerzu lądują feministki: zadziorna skandalistka Kazimiera Szczuka, wyssana z palca scenarzysty "Seksu w Wielkim Mieście" Carrie Bradshaw i martwa, choć ciągle żywa malarka Frida Kahlo. Co łączy te panie? Niewątpliwie indywidualizm, kontrowersyjność i to, że mimo stereotypu wojujących feministek są lub były pięknymi i zadbanymi kobietami. Nie boją się ładnych ciuchów, związków z mężczyznami i dobrej zabawy. Nie biją facetów wałkiem, nie palą biustonoszy na stosie, nie uważają makijażu za przejaw damskiej słabości. Są kobietami w każdym calu. Każda z nich, podobnie jak większość z nas przeżyła swoje dobre i złe chwile z mężczyznami. W końcu związki przeciwnych biegunów, jakimi niewątpliwie są kobiety i mężczyźni, nierzadko muszą przebyć ciernistą drogę, by osiągnąć sukces, jakim jest wzajemne zrozumienie. Aby partnerstwo nie było tylko gołosłownym sloganem, ale faktycznie zaistniało, potrzebna jest komunikacja i jasność przekazu. Jeśli nie ustalimy granic tego, co w związku akceptujemy i chcemy, szybko znajdziemy się w niewygodnej dla nas sytuacji. Czy zawsze partnerstwo będzie wyglądać tak samo? Nie. Ponieważ każda z nas jest inna i o ile dla jednej gotowanie obiadów i zakupy są męczarnią, dla innej mogą okazać się miłą odskocznią od stresów w pracy. Każda z nas sama musi ustalić, ile czasu potrzebuje na odpoczynek, jak chce spędzać wolny czas, czego oczekuje od partnera. Słowem- jak będzie wyglądał jej osobisty feminizm. Jeśli nie wyrazimy tego jasno, nie mamy co liczyć na to, że sam się tego domyśli. Kazimiera, Carrie i Frida w różny sposób kształtowały swoją drogę do sukcesu. Każda z nich podejmowała inne decyzje, ale miała jasno wytyczone cele, dzięki którym dziś może dumnie prężyć pierś z okładki.
Dojrzałość
Feminizm od czasu swoich narodzin, zdążył już przejść przez fazę ostrego dojrzewania i buntu, z którym jest wciąż kojarzony. Teraz dojrzał i nabrał dystansu do wielu kwestii. Feministkom wcale nie przeszkadzają zachowania gentlemeńskie, takie jak przepuszczanie w drzwiach, czy zdejmowanie płaszcza. Nie mają nic przeciwko pracom domowym, mimo że robią karierę na równi ze swoim partnerem. W feminizmie nie chodzi o batalię, ale o równy szacunek. O to, by mężczyzna nie uważał, że pocałunek w rękę zrekompensuje nam stanie nad garnkami przez całe popołudnie. Chodzi o równość w domu i równość w pracy. O rozmowę na poziomie partnerstwa, nie pana i wasala. O współdzielenie szczęścia, a nie o dawanie wszystkiego z siebie i nieotrzymywanie niczego w zamian, poza pobłażliwym pogłaskaniem główki. Taki właśnie feminizm, nie ten agresywny jego stereotyp, powinien być wpisany w naszą codzienność. Nie musimy już domagać się od partnera tego, co nam się należy. Powinnyśmy dostawać to wraz z miłością w związku, w którym jesteśmy. Wówczas ani zupa, ani kariera nie będą stanowić żadnego problemu. A jeśli on tego nie rozumie? Widocznie nie jest wart tłumaczenia.
Współczesna feministka jest kobietą. Współczesna kobieta feministką. Nasza walka dobiegła końca, bo została wygrana. Dziś możemy bez obaw, patrząc w lustro stwierdzić, że jesteśmy wspaniałymi kobietami i wszystko, co robimy- bez względu na to czy jest to kariera, działalność artystyczna, charytatywna, wychowanie dzieci, czy prowadzenie schroniska dla zwierząt, zasługuje na szacunek, o który nie musimy już prowadzić bojów.
Agnieszka Zięba
(agnieszka.zieba@dlalejdis.pl)
Fot. Łukasz Bera
Komentarze