Jak zostałam instruktorem tenisa

Instruktor tenisa ziemnego.
Od kiedy sięgam pamięcią, zawsze miałam kontakt ze sportem, szczególnie tenisem ziemnym.

Będąc młodą dziewczyną marzyłam na studiach w Akademii Wychowania Fizycznego we Wrocławiu – skąd pochodzę i pracy o charakterze instruktora. Jednak plany i marzenia zmieniły się z biegiem lat. W rezultacie trafiłam na studia o zupełnie innym kierunku. Po latach okazało się, że to był błąd. Jak wiadomo - przeszłości zmienić nie można.

Nie mając czasu na rozpoczęcie studiów od nowa szukałam alternatywy. Jedynym wyjściem jakie mi pozostało z tej sytuacji, by zostać legitymowanym instruktorem tenisa ziemnego, okazała się Akademia Mistrzostwa Sportowego Turystyki i Rekreacji. To w niej zaliczyłam specjalny kurs instruktorski i w rezultacie zrealizowałam własne marzenie. Zacznijmy jednak od początku.

Od dziecka mam do czynienia ze sportem, a wszystko zaczęło się przez ojca – prawdziwego pasjonatę tenisa ziemnego. Kiedy miałam kilka latek i naukę chodzenia miałam już za sobą, ojciec często zabierał mnie ze sobą w weekendy na korty tenisowe. Z racji tego, że sobotnie sparingi z moim wujkiem były niemalże rodzinną tradycją, z tenisem miałam kontakt co tydzień.

Jako, że miałam w sobie sporo energii i nigdy nie byłam w stanie usiedzieć na miejscu dłużej niż kilka minut, ojciec często musiał przerywać swoją rozgrywkę z bratem, by zająć się mną – niesfornym kibicem. Kiedy zauważył, że odbijanie piłki rakietą sprawia mi wiele frajdy, wówczas dostałam własną – plastikową, pokrytą intensywnym, różowym kolorem.

Kiedy jednak już nieco podrosłam, w dalszym ciągu praktykowałam swoje wyjazdy z ojcem. To był dla nas czas kiedy mogliśmy wspólnie spędzić nierzadko piękne chwile i pielęgnować nasze więzi rodzinne. Kiedy już byłam w stanie utrzymać w ręce profesjonalną rakietę, na korcie tworzyłam z moim ojcem rewelacyjny mikst. Trudny do pokonania.

Gra w tenisa, początkowo z ojcem, później w pojedynkę przynosiła mi wiele frajdy – wszystkie mecze w telewizji, które były dostępne w naszej satelicie, rzecz jasna padały moim łupem. Ściany w pokoju zdobiły liczne plakaty największych gwiazd tenisa, z czego wiele z nich przedstawiało postać mojej idolki – Venus Williams.

Lata jednak mijały, a wraz z nimi zmieniało się moje podejście do sportu. Studia na Akademii Wychowania Fizycznego, które były moim marzeniem, w perspektywie przyszłości wydawały się być nieopłacalne – patrząc przez pryzmat pieniędzy, zastanawiałam się, czy praca o charakterze instruktora przyniesie mi godne zarobki, pozwalające żyć z miesiąca na miesiąc bez obaw o to, czy w kolejnym zabraknie mi chleba.

Rozterki, które pojawiły się wewnątrz mojej osoby sprawiły, że wybrałam studia na Uniwersytecie Ekonomicznym. Jako, że nigdy nie miałam w nauce większych problemów, udało mi się przejść studia bez większych problemów, zdobywając tytuł licencjata. Potem trafiłam do pracy, jak to mówią – po kierunku. Jednak pomimo dobrych jak na polskie warunki zarobków czułam się w tej pracy źle. Gdy minęła początkowa satysfakcja, stwierdziłam, że to nie dla mnie. Statyczna, monotonna, aczkolwiek solidna posada w biurze okazała się moją życiową pomyłką.

Nie mając czasu na rozpoczęcie studiów od nowa, zapisałam się na kurs instruktorski, by uzyskać dokumenty pozwalające mi podjąć pracę taką, o jakiej marzyłam będąc jeszcze dzieckiem. Puenta w mojej historii jest więc bardzo prosta – zawsze podążajcie za marzeniami!

Wychowanka Akademii Mistrzostwa Sportowego
Spisane przez Łukasz Chruściel - starszy specjalista ds. marketingu w Akademii Mistrzostwa Sportowego

Fot. sxc.hu



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat