„Kamerdyner” - recenzja filmu

Recenzja filmu „Kamerdyner”.
Japończycy uczą, że można osiągnąć spokój duszy i spełnienie poprzez perfekcję codziennych czynności i obowiązków.

Praca kamerdynera wymaga równie dużej siły ducha, by osiągnąć doskonałość. Amerykanie uczą, że do całej historii można dodać szczyptę narodowej beznadziei.

Specjalnością kina amerykańskiego są filmy, w których pozornie absorbująca historia pierwszoplanowej postaci jest przedstawiona na tle zdarzeń historycznych o ważnej treści. Jest to powszechnie znany chwyt przynoszący niejednokrotnie sukcesy. Przykładem może być „Forrest Gump”, który był hitem. Nic dziwnego, że twórcy postanowili wykorzystać stary patent, by stworzyć nowy film.

„Kamerdyner” opowiada historię Cecila Gainesa, któremu w bardzo młodym wieku zabito ojca, stającego w obronie swojej gwałconej żony. Bestialskie wydarzenie, które miało miejsce na plantacji bawełny, sprawiło, że został zabrany do domu właściciela. Tam rozpoczęło się jego szkolenie na czarnego służącego. Po latach pracy trafił do Białego Domu, gdzie był świadkiem przemian XX wieku, kiedy to czarni uzyskali ostatecznie pełnię swobód obywatelskich.

W rolę głównego bohatera wcielił się Forest Whitaker, ale to nie gwiazdy Hollywood zasługują na wymienienie, a „smaczki dodatkowe”. Oprah Winfrey gra życiową partnerkę Cecila - Glorię. Jest alkoholiczką, a jej choroba dodatkowo obciąża rodzinę w trudnych czasach powszechnego rasizmu. Prawdziwą wisienką na torcie jest jednak Mariah Carey, która wcieliła się w rolę matki głównego bohatera. Wielkoformatowa gwiazda w filmie wypowiedziała może dwa zdania i przez kolejne pięć minut na ekranie, gapiła się tempo w przestrzeń. Taki element komediowy w dramacie biograficznym...

„Kamerdyner” to jeden z cichych pretendentów do tegorocznych Oscarów, a jest jakiś taki miałki. Nie ma w nim lekkości, treści kiedyś istotne teraz są „kotletem”, po który sięga się zawsze, gdy chce się stworzyć film pozornie ważny – choć kotlet już stary i sfatygowany. Whitaker nie porywa, a Wietnam czy segregacja rasowa nudzi, wydają się problemami sztucznymi, na siłę złączonymi z motywem cierpliwego kamerdynera swoim spokojem zmieniającego kolejnych prezydentów, a tym samym oblicze USA.

Zaskakująco rozczarowujący film nie reprezentuje sobą nic. Staje się jedynie pustą sekwencją obrazów, które nie dają satysfakcji, a tylko poczucie odcinania kuponów na nieszczęśliwych latach poprzednich. Wszechobecna propaganda ku chwale rządów amerykańskich mdli. W filmie pada zdanie, aby służyć tak, by nie być zauważonym - sztuka się udała, tylko że jakość służby mierna.

Semko Bayer
(semko.bayer@dlalejdis.pl)

„Kamerdyner”, reż. Lee Daniels, USA 2013



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat