Wytworny bal w wytwornym otoczeniu, z wyśmienitym jedzeniem i muzyką, to obecnie wyznacznik prosperity. Każdy szanujący się posiadacz pokaźnego konta, musi chociaż raz zaszczycić swoją osobą taką taneczną imprezę. Przybycie bowiem na taki bal, to jawne okazanie innym, że wiemy, co jest w modzie i co najważniejsze, że podążamy za trendami.
W zeszłym roku za namową znajomych (my nie jesteśmy posiadaczami dużego konta!), wybraliśmy się z narzeczonym na taki właśnie bal, konkretnie na zabawę sylwestrową. Nie przeczuwaliśmy, jakie czekają nas atrakcje. Ale wszystko po kolei.
Bal odbywał się w pięknym pałacu. Hasłem przewodnim zabawy był dwór Ludwika XIV, czyli jeden wielki przepych. Miało być luksusowo, elegancko. Na wstępie należy dodać, że bilety na taki bal to spora suma. Nawet w przypadku zniżki, jak w tym przypadku (podyktowanej miejscami wolnymi, czy faktu, że w cenę wliczony był nocleg i śniadanie), była to dla nas, delikatnie mówiąc, spora kwota. Rzecz jasna, wydatki nie zakończyły się jedynie na biletach. Trzeba było wykosztować się na odpowiednią toaletę i smoking (obowiązkowy!), że nie wspomnę kosmetyczki, fryzjera. Biorąc pod uwagę rangę balu, jaką gwarantowali organizatorzy, byliśmy pewni, że zmierzamy oto na co najmniej królewską zabawę. Po przyjeździe na miejsce nasza euforia (czyt. nadzieja królewskiej zabawy), zaczęła systematycznie opadać, a pojawiła się myśl: ”co my tu robimy?”
Droga wiodąca do pałacu, po wjeździe na posesję, owszem oświetlona była romantycznymi lampionami, ale zamiast witającego przed wejściem parkingowego, który jak myśleliśmy sam zaparkuje nasz samochód, witał nas jegomość krzyczący, w którym sektorze należy zaparkować. Jako, że parking (nasz sektor) znajdował się w odległym miejscu, Wojtek wyrzucił mnie przed wejściem do pałacu. W butach na niebotycznych obcasach z delikatnego materiału, nie było nawet mowy, by zdecydować się na spacerek z parkingu. Wyskakiwałam prawie w locie, ponaglana trąbieniem kolejnych samochodów i krzykiem parkingowego: „szybciej!”
Wnętrze pałacu bardzo ładne, dużo złota, świateł i luster. Nie było zbytnio czasu przyglądać się wspaniałej architekturze, bo sękatym palcem nawoływała szatniarka, by oddawać wierzchnie odzienie.
Sala balowa prezentowała się nie najgorzej, jak i sąsiednia sala jadalniana. Zgodnie z hasłem przepychu godnego Wersalu i Ludwika XIV, dużo było złotych girland, owoców w imponujących wazach, brokatowych obrusów i takich samych obić na krzesłach. Z pałacową atmosferą trochę kłócił się repertuar orkiestry, która grała głównie muzykę discopolową w stylu: „pokaż mała, nie bądź taka”.
Przy naszym stoliku oprócz znajomych, siedziała jeszcze jedna para. Puszysta dama przypominająca Dolly Parton, natapirowana do maksimum z pokaźnym biustem wylewającym się z bardzo odważnego dekoltu. Jej mąż gruby, łysiejący 50-latek, nerwowo chichotał i obficie się pocił. Nim zdążyliśmy zjeść pierwsze danie, zdążył już nas poinformować, że mamy się do niego zwracać per Kaziu, że robi w handlu, konkretnie zajmuje się eksportem indyków. „To ptactwo idzie jak świeże bułeczki”- nadmieniał co chwila. „Stara żyje jak królowa i to dzięki indykom, kurde”- chichotał, ignorując pełne wyrzutu spojrzenia małżonki, która jak widać było, chciała odgrywać tego wieczoru rolę damy.
Zebrane towarzystwo ubrane w bogate toalety, po pierwszym głębszym pozbyło się tremy i poszło na całość. Stwierdziło, że „wersalu” wystarczy. Mężczyźni zdjąwszy góry od smokingów, zajęli się jedzeniem i piciem, kobiety plotkowaniem. Nieliczne pary tańczyły (w tym my). Nim dobiła północ, połowa męskiego towarzystwa pochrapywała na krzesłach, tudzież oparłszy brody na łokciach. Inni, głośno śpiewając, wytaczali się do przypałacowych ogrodów lub podszczypywali sąsiadki, głupio dogadując.
Zmęczeni (głównie panem Kaziem i jego indykami) i zdegustowani zabawą, ulotniliśmy się po angielsku, po północy. Spania jednak nie było. Co chwila jakiś podchmielony jegomość pukał do drzwi i wołał: „o pardon, to nie moje lokum”.
To był niezapomniany bal. Chyba nie powinniśmy się dziwić, że upłynął w takiej atmosferze. W końcu dwór Ludwika XIV słynął z rozpusty, pijaństwa i…prostactwa.
Katarzyna Redmerska
(katarzyna.redmerska@dlalejdis.pl)
Fot. sxc.hu
Komentarze