Tegoroczny lipiec odzwierciedla stan mojego ducha. Obserwuję, jak krople deszczu łączą się z moimi łzami. Grzmot błyskawic uosabia krzyk, który niemo wydobywa się z mojego gardła. Chcę wyrzucić z siebie cały ból, ale nie potrafię. Mam wrażenie, że niebo płacze wraz ze mną, a jeśli tak, to czemu dopuściło do tego, bym musiała cierpieć do granic wytrzymałości, a właściwie to i dalej? Czymże jest ta „granica wytrzymałości”? Płynna, cienka linia rozdzielająca nas między... no właściwie, to czym? Chyba życiem a śmiercią, tą podstępną, żarłoczną, nienasyconą siłą, odbierającą nam naszych bliskich, ukochanych, pozostawiającą z nieznośną pustką, nie dającą się niczym zastąpić. Próbując zdławić ten rozpaczliwy ból, wypalający się w naszej piersi niczym szkarłatna litera (a przecież żadnego grzechu nie popełniliśmy, a może jednak...?), uciekamy z reguły w jakąś pracę albo używki. Na krótką metę pomaga, ale kiedy zrobimy na chwilę przerwę, szturm niepohamowanego cierpienia wypłynie wartkim strumieniem z naszych zapadniętych, podkrążonych oczu. Po czym znów dopadnie nas ten nieznośny ból, ból istnienia. Tak, bo my nadal tu jesteśmy, a ci, których kochamy odeszli, bezapelacyjnie, na zawsze. Jak mogli? Jak mogli, do diabła?! – stale powraca do nas pytanie, na które wiemy, że odpowiedzi nie ma i nie będzie, ale powraca do nas, jak jakiś cholerny bumerang. Co gorsza, a może i nie, winimy ich za to, że nie zabrali nas ze sobą i stale, wypowiadając te słowa czy też nie, prosimy, by to zrobili...
Znowu próbujemy wrócić do tak zwanej normalności, ale co to znaczy? Podglądamy innych, żeby się dowiedzieć. No tak, „normalność” oznacza, że nie można okazywać swojej słabości. Nie wolno płakać publicznie, ani być smutnym, ani rozpaczać. Trzeba wziąć się w garść! – wszyscy tak nam nakazują. Jak śpiewa Lenny Kravitz w mojej ulubionej piosence „Circus”: „witaj w prawdziwym świecie... lepiej bądź silnym”. Staramy się więc dostosować, jak zawsze zresztą. Tyle tylko, że tym razem wychodzi nam to zdecydowanie gorzej. Już nie umiemy odpowiadać na pytanie „co u ciebie?” – dobrze i słodko się uśmiechać. Choć i wcześniej nam nie przychodziło to łatwo, ale podejmowaliśmy próby, nawet czasem udane. Jednak są chwile, kiedy brak sił, by udawać kogoś, kim się nie jest. Czyli kogo? – spytacie.
Oglądałam kiedyś znakomity film zatytułowany „Skaza” z Jeremy Ironsem i Juliette Binoche, w którym padło zdanie „strzeż się człowieka ze skazą”. Nie bez powodu ono padło, ale nie w tym rzecz. Chodzi mi o tę skazę, czyli jakiś defekt (wewnętrzny). Coś, co nie pozwala człowiekowi być tak zwanym normalnym (i nie mam tu na myśli jakichś wypaczonych psychopatów, ale ludzi, którzy nie potrafią dostosować się do wymogów stawianych im przez społeczeństwo. Odstają od niego zawsze i wszędzie, mimo usilnych prób, by się przystosować. Z reguły są wrażliwsi od innych i to ich gubi. Wcale nie chcą tej wrażliwości, przez złośliwych nazywanych przewrażliwieniem, ale nie mają na to żadnego wpływu. Tacy są i kropka.)
Po co o tym piszę? Ano po to, by powiedzieć, że tym ze skazą jest trudniej pogodzić się z ostatecznymi i nieodwołalnymi wyrokami śmierci (nie chodzi mi o karę śmierci, lecz śmierć jako taką) wydanymi na osoby, które kochają. Podczas, gdy na życiu własnym nigdy im nie zależy, tak jak powinno (a według obowiązujących norm społecznych powinno!), to pozostawanie na tym parszywym ziemskim padole bliskich jest rzeczą priorytetową. Ich odejście stanowi koniec wszystkiego, a świat znowu wymaga od nich, żeby się wzięli w garść. Bo takie jest życie – powiadają. A ja mam gdzieś takie życie! I czasem chcę wykrzyczeć tym wszystkim, wam wszystkim – normalnym – że nie, ja się na „takie życie” nie zgadzam! Ja go nie chcę! Już nie chcę! Mam dość! …. Tymczasem, pozornie wracam do tej ich/waszej „normalności”, naklejam sztuczny uśmiech na wykrzywione bólem usta, maluję mocniej oczy, by ukryć przebijającą zza wachlarza starannie umalowanych rzęs pustkę. Ktoś powie – hipokrytka. Nie czynię tego jednak, po to, by zadowolić innych, którzy się dla mnie nie liczą, lecz wśród nich są jakieś bliższe (choć nie „bliskie”) osoby, które ni stąd ni zowąd, okazuje się, że nie chcemy ranić. A dostrzegamy, że nasze cierpienie w jakiś sposób ich dotyka, więc ukrywamy rozpacz, głęboko wewnątrz samych siebie. Ona jednak nie odchodzi, to jedyna istota, która chcielibyśmy, aby nas porzuciła, lecz niestety niezmordowanie trwa przy nas.
Przywołuję wobec tego po raz kolejny moją kobiecość, która niechciana, pogrzebana, spoczęła gdzieś z ukochanymi pod warstwą matki ziemi. Ścinam włosy z nieznanych mi przyczyn. Zabawne – ktoś twierdzi, że ładnie mi w nowej fryzurze. Przecież targnęłam się na swoje długie, jeszcze przed chwilą, włosy z nożyczkami do paznokci i cięłam jak popadło. Mimo wszystko, w jakimś sensie ładnie. Piękno... Czymże ono teraz jest? Kiedyś mi na nim zależało. Ale teraz? Niby nie zwracam na to uwagi. A jednak... czyżbym znowu kłamała? Zaczęłam przecież dbać o siebie. Z niewiadomych mi właściwie powodów. Czyżby próżność okazała się cechą silniejszą niż śmierć albo jej pragnienie?
Jak mam teraz żyć – stale zadaję sobie to pytanie? Zresztą czy w ogóle chcę? Nie wiem i zazdroszczę tym, którzy tak bezgranicznie, bez zastrzeżeń je kochają. A ci ze skazą? … no cóż, po prostu gdzieś tu zwykle tkwią...
Jowita Kubiak
(jowita.kubiak@dlalejdis.pl)
Komentarze