26 listopada Multikino zaprosiło nas na wydarzenie z serii „Kino od kuchni”. O 20:00 w jednej z kinowych sal Multikina Arkady we Wrocławiu zaczęły unosić się zapachy aromatycznych, wielobarwnych przypraw. Pod ogromnym ekranem stanęła tymczasowa kuchnia, rodem z najlepszej restauracji. Już od pierwszych chwil byłam ciekawa, czym uraczą widzów odziani w firmowe fartuchy kucharze. Zanim jednak nastąpiła degustacja, wysłuchaliśmy ciekawostek ze świata kuchni hinduskiej. Przekonałam się, że nawet wykwalifikowani kucharze mogą mieć problem z prawidłowym odczytaniem nazw specjałów tamtejszej kuchni. A śmiechu przy tym było co nie miara! Myślę, że prezentacja i opowieści sprawiły, że nie tylko mnie kiszki zaczęły grać marsza. Jak tu oglądać film, kiedy w powietrzu czujesz tak niebiańskie zapachy, że aż cię skręca?
Nie wiem, jaka była pojemność garnków, w których przygotowywano potrawy, w każdym razie jedzenia starczyło dla wszystkich uczestników „Kina od kuchni”. Przyznam, że potrawy hinduskie były dla mnie nowością, więc z wielką chęcią i zainteresowaniem uczestniczyłam w degustacji. Do wyboru mieliśmy między innymi indyjski chlebek naan, curry, zupę z soczewicy i szaszłyki. Uczta dla podniebienia i magia przypraw, inaczej tego nie ujmę. Gdyby przed każdym seansem filmowym raczono mnie takimi specjałami, chodziłabym do kina codziennie. Na śniadanie, na obiad, na kolację…
Po kulinarnym wstępie przyszedł czas na „Smak curry”. Właściwa premiera w Polsce odbędzie się dopiero w lutym przyszłego roku. Tym bardziej cieszę się, że miałam okazję zobaczyć tę produkcję przedpremierowo. Pierwsze, na co zwróciłam uwagę, to tłumaczenie tytułu. Jest dość nietrafione, co wcale mnie nie dziwi, w Polsce jest sporo takich przypadków. Oryginalny tytuł brzmi „The Lunchbox” i w 100% oddaje istotę filmu. Chętnie zostawiłabym go w takiej postaci, w ogóle nie próbując tłumaczyć na polski.
Film pachnący papryczkami chilli, przenoszący widza w kolorowy, indyjski świat. Kolorowy, ale i do bólu zwykły, gdzie codzienność przytłacza, a ludzie zamknięci w domach czy nie mający życia poza pracą, zmagają się z przeciwnościami losu. Ila (piękna Nimrat Kaul) codziennie przygotowuje swojemu mężowi obiad do pracy, dostarczany do biura przez posłańca. Chce przypodobać się mężowi, gotując potrawy godne szefa kuchni. Któregoś dnia przesyłka z jedzeniem trafia do innego mężczyzny. Jest nim Saajan (Irffan Khan), wdowiec w średnim wieku. Jest zachwycony potrawami, które zaczyna codziennie otrzymywać, oczywiście przez pomyłkę. Tak rodzi się niezwykle subtelna relacja między Ilą a Saajanem. Choć się nie widują, nawiązują ze sobą kontakt. Wspierają się wzajemnie, okazuje się, że mają podobne marzenia. Mimo że czasem potrawa jest za słona lub zbyt pikantna, Saajan z niecierpliwością oczekuje kolejnych przerw obiadowych.
Ja natomiast z niecierpliwością oczekuję lutego, bo z chęcią obejrzę „Smak curry” jeszcze raz. Nie tylko ze względu na oryginalną historię i egzotyczność. Urzekł mnie nastrój tego filmu, bardzo intymny, ale z humorystycznymi wstawkami, które rozweselały mnie na długi czas. To zasługa postaci drugoplanowych – ciotki Ili i kumpla z pracy Saajana. Czekam również na kolejną odsłonę „Kina od kuchni”. Idealne połączenie wydarzenia kulturalnego z kulinarnym.
Hanna Kwaśna
(hanna.kwasna@kobieta20.pl)
Komentarze