Jedyną osobą, której nazwisko pociąga za sobą, to Oren Peli, jeden z ojców Paranormal Activity, które w wielu aspektach było horrorem rewolucyjnym i jednym z bardziej poruszających ostatniego okresu. Niestety, nie można budować całych serii filmów w oparciu o jeden pomysł, w tym przypadku zdjęcia realizowane zwykłą kamera do kręcenia nudnych rodzinnych filmów. Tak jak seria Paranormal słabła z każdą następną częścią, pojawienie się Grave Encounters aż emisja Czarnobyl. Reaktor Strachu innowacyjność owej techniki zdjęciowej stoi pod znakiem zapytania.
Nie bez powodu recenzja filmu pojawia się właściwie miesiąc po polskiej premierze. Za chwile film wskoczy w wersję płytową i może ten tekst kogoś powstrzyma przed zakupem. Nie ma co tu dużo kryć, film jest po prostu kiepski. Wyobraźmy sobie, że zbiera się trójka gości i zastanawia się nad stworzeniem filmu. Ktoś rzuca słowo "Czarnobyl!", ktoś rzuca "Mutanty!", ktoś rzuca "Kamerą spod pachy!" - i to by było na tyle. Właściwa fabuła filmu jest, a właściwie jej nie ma, bo zlepienie trzech wcześniejszych elementów w jedną całość nie czyni filmu. Nie ma zagadki, nie ma intrygi, nie ma niczego, co wzbudziłoby cokolwiek w widzu. Głównymi bohaterami są amerykańscy turyści, którzy odkrywając uroki Europy w drodze do Moskwy, postanawiają zahaczyć o zapomniane w radioaktywnej mgle ustronne połacie ukraińskiego lasu. Na miejscu okazuje się, że prócz nich są tam złowrogie, odmóżdżone przez promieniowanie mutanty. Bez specjalnego zdradzania fabułyn można powiedzieć, że są trupy w stylu rzymskiego dziesiątkowania.
Nie często trafia się na wyjątkowo kiepski film, zazwyczaj produkcje kinowe przechodzą wstępną selekcje. Nie wiem, gdzie był cenzor, albo czy konkurencja wypadała gorzej (o zgrozo!), ale dopuszczenie filmu takich lotów, by katował gałki oczne widzów i maltretował ich ukraińsko-rosyjskim akcentem, było zbrodnią na ludzkości. Nie iść, nie tracić pieniędzy, nie oglądać - jedyna słuszna droga.
Semko Bayer
(semko.bayer@dlalejdis.pl)
„Czarnobyl. Reaktor strachu”; 2012 USA
Komentarze