Pierwsze koty za płoty
Uczestnikiem otwierającym dzisiejsze kulinarne zmagania był Piotr z Zakopanego. W życiu codziennym jest on niepraktykującym cukiernikiem, liderem założonej w 2004 roku góralskiej kapeli „Zbóje” oraz świeżo upieczonym mężem. Z racji swego przywiązania do tradycji, postanowił ugościć rywali swojskimi, regionalnymi potrawami. Przystawkę nazwał Zbójecką zakąską (była to w rzeczywistości wariacja na temat koreczka z oscypka, śliwki i boczku – proste i pomysłowe), obiad Szpadką juhasa, a deser Tartą Harnasia. Trzeba przyznać, że ów deser, będący pomysłem koleżanki, wyglądał efektownie. Delikatny twaróg, śmietanka, herbatniki – mmm, brzmi zachęcająco. Opinie gości, jak to zwykle bywa, nieco się rozbiegły. Najmłodsza rywalka – Edyta – raczej narzekała, Andrzej chwalił jakość, ale minusem była dla niego mała ilość, natomiast Małgorzata przeważnie milczała. Dom, a raczej chata, w której biesiadowali, była typowo góralska i wprawiła wszystkich w nastrój, który później rozwinął się w zbójeckie atrakcje na polanie, gdzie m.in. zakuto Andrzeja w dyby. Całość jednak nieszczególnie urzekła uczestników, w związku z czym Piotr uzyskał tylko 16 punktów, ledwo wybijając się ponad połowę maksymalnego wyniku.
Druga kolacja – czy rewelacja?
W drugim dniu lepiej mogliśmy poznać narzekającą Edytę z Nowego Targu, która w życiu prywatnym zajmuje się sprzedażą przy stoisku na Gubałówce, a także uprawia turystykę, jeździ na rowerze, odwiedza parki linowe i ogólnie aktywna, energiczna z niej babka. Choć to Andrzej w krótkiej wizytówce powiedział o sobie „mieszczuch”, określenie to bardziej pasowałoby właśnie do Edyty. Ze wszystkich uczestników najbardziej wyrwała się bowiem z góralskiej tradycji i poszła w kierunku nowoczesności. Swych gości powitała „prościutką” szynką z masą serową, oliwą, pomidorem i bazylią – jednym słowem, przystawką „światową”. Na drugie zaserwowała Indyczą zawijkę w towarzystwie smakowicie wyglądających ziemniaczków, a na deser Truskawkowy torcik w obłokach, którzy wyglądał na ciężki i mokry, ale wszystkim smakował. Plusik trzeba przyznać za własnoręcznie wykonany biszkopt, minus za brak dodatkowych atrakcji „pozajedzeniowych”. Nie popisała się także umiejętnością logicznego myślenia, pytając Andrzeja skąd wiedział, że wypada przynieść kwiaty. Cóż… skoro Piotr już gotował, a Andrzej jest drugim mężczyzną, na kogo innego mógłby trafić, jak nie na kobietę? Atmosfera przy stole pozostawiała wiele do życzenia, a obiadowy indyk okazał się zbyt suchy. Z racji, że deser podratował sytuację, Edyta dostała 16 punktów, zrównując się tym samym z Piotrem.
Trzecie przypada kobiecie
Dzień trzeci i kolejne kobiece popisy. Tym razem przenieśliśmy się do Sieniawy, do domu Małgorzaty – góralki z krwi i kości, matki piątki dorosłych już osób, właścicielki firmy szkoleniowej i gospodyni agroturystyki. Poza pracą ma pasję, którą realizuje w wielopokoleniowym zespole góralskim. Jak sama powiedziała – gotować nie umie – a my możemy tylko przypuszczać, że do programu zgłosiła się, by za darmo móc zjeść coś nowego u pozostałych uczestników. Jako jedyna przy pierwszym powitaniu przedstawiła się z imienia i nazwiska, od razu też dało się zauważyć jej góralski akcent (mocno zaakcentowaną gwarą mówił także Piotr). Na cudzych kolacjach wyglądała elegancko i schludnie, swoją zorganizowała z akcentem regionalnym, zakładając odpowiedni strój. Ku jej zdziwieniu, goście doskonale wczuli się w klimat i sami również się przebrali. Siedząc przy stole na świeżym powietrzu (a przy okazji nudząc się i marznąc, z racji że gospodyni postawiła na świeżość i przygotowywanie jedzenia na bieżąco), współzawodnicy nie mieli wiele do roboty. Piotr trochę pograł, trochę pośpiewał, a po posiłku przyszedł zespół Małgorzaty, który niestety był powtórką z rozrywki. Może gdyby kobieta wydawała kolację jako pierwsza, pokaz wypadłby świeżo i ciekawie? Nie jej wina. Posiłkami także nie zapulsowała – naleśniki były kiepskim pomysłem na deser (choć zawierały długo wyczekiwaną przez wszystkich żurawinę), a Klepaniec Maryny i Przysmak Podhalanki po prostu nie zachwyciły. W rezultacie Małgorzata uzyskała wyłącznie 12 punktów i zajęła (niech będzie, że zdradzę) ostatnie miejsce.
Ostatnia szansa na wygraną
Andrzej mógł być czarnym koniem, ale czy był? Tego nie mogliśmy wiedzieć. Dowiedzieliśmy się natomiast, że pracował jako nauczyciel geografii, ale przeszedł na emeryturę, kocha kwiaty i swój ogródek, a także jest człowiekiem miłym i spokojnym, z piękną, wyraźną dykcją. Posiada żonę i trójkę synów, którzy na czas popisowej kolacji opuścili dom. Sam dom – stylowy, starodawny, bez żadnych ekstrawagancji – wzbudził podziw Piotra, choć Małgorzatę wprowadził w sztywny nastrój. Andrzej starał się żartować i rymować, ale atmosfera przy stole oklapła. W tym odcinku trafiła się po prostu kiepska ekipa – nie potrafili ze sobą rozmawiać, a co dopiero bawić czy wygłupiać. Drinki na dzień dobry miały być rozluźniające, ale nie znów nie dla wszystkich były, fioletowe bratki z ogródka wyglądały przecudownie, ale nikt ich nie zauważył, posiłki łączyły folklor ze „światowością”, ale nikt tego nie docenił. Podhalańska świnka miała zdecydowanie najbardziej zmysłową recepturę ze wszystkich podawanych posiłków tego sezonu Ugotowanych, a Tatrzański zawijaniec wyglądał super-apetycznie, na nieszczęście zawierał powszechnie nielubianego pora. Goście długo zastanawiali się, jak ocenić całość. Padło nawet stwierdzenie, że choć żadna kolacja nie powalała, ta była najlepsza. Koniec końców Andrzejowi zabrakło jednak jednego malutkiego punktu do remisu z Piotrem i Edytą, którzy wygrali program. Cóż – jak pisałam, Andrzej mógł być czarnym koniem, ale jednak nie wyszło.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Fot. TVN/Cezary Piwowarski
Komentarze