Lublin ma około trzystu pięćdziesięciu tysięcy mieszkańców, do których dodać możemy kolejne sto tysięcy (!), składające się z samych studentów. Takie informacje na początku piątego odcinka Kuchennych Rewolucji podaje nam lektor. Później widzimy sondę uliczną wśród żaków, którzy ze smutkiem przyznają, że w Lublinie nie ma gdzie zjeść. Pomieszkując na stancjach, daleko od domów, spragnieni są maminych obiadów, a do tego ceny w restauracjach nie grzeszą atrakcyjnością. Po co ten akademicki wstęp? Otóż zaraz po nim rozpoczyna się akcja właściwa odcinka, czyli wizyta Magdy Gessler w lekko ukrytej, znajdującej się w piwnicy, restauracji Antykwariat. Sama idea miejsca dla studentów była dobra, ale później czegoś zabrakło. W większych miastach także spotykamy się z pubami czy knajpkami, gdzie z naściennych regałów można ściągnąć książkę i poczytać podczas spożywania posiłku czy picia piwa. Najwyraźniej w Lublinie ta moda jeszcze się nie przyjęła.
O Antykwariacie
Nazwa pasująca do miejsca, aczkolwiek zbyt jednoznaczna. Same właścicielki – 30letnia Agnieszka i 26letnia Ania przyznały, że ludzie często dzwonią do nich z ofertą odsprzedania książek. Cóż, nie na tym miał biznes polegać. Choć w ostateczności i książkę można wrzucić do gara, to znacznie lepiej poprosić o pomoc Magdę Gessler. Kiedy ta pojawiła się w progu, nam – widzom, pozostały zaledwie sekundy na przewidzenie rozwoju sytuacji: wybuchnie czy znów schowa pazury? Niestety, jest to kolejny, a dokładniej licząc drugi odcinek, w którym prowadząca przemienia się w potulnego, milutkiego baranka. Obyło się bez plucia w chusteczkę, krzyku i wyzwisk. Dla właścicielek Antykwariatu to lepiej, dla widzów – nudniej.
Z restauracją na pierwszy rzut oka wszystko było w porządku, jednakże dzienny utarg najczęściej nie przekraczał dwustu złotych. Jak dziewczynom udało się zarobić pięćset, uznawały dzień za cudowny. Przygotowywaniem potraw zajmowały się same, a pomagała im babcia Ani. Starsza pani po cichu marzyła o przemianie dotychczasowego menu na domowe, ale nie chciała się wtrącać do wizji młodych. Atmosfera także była przyjemna – kelnerki dużo się uśmiechały, a właścicielki były pogodne i chętne do zmian. Magda Gessler pochwaliła prawie 100% podanych przez nie posiłków. Zupy okazały się „oazą smaku”, skrzydełka „fajne”, z karczkiem „nie było źle”, ale za to kebab był „tłusty jak pieron”, a frytki i surówki koszmarne. Ogółem wszystko poszło gładko i zaskakująco dobrze, a ekipa dziewczyn dostała pieszczotliwą nazwę „gimnazjum żeńskiego”.
Przemiana
Przede wszystkim (i jak zwykle) zmieniono wygląd. Puste dotąd ściany pokryły kwieciste malowidła oraz papierowe rysunki przedstawiające łąkę, namalowane przez restauracyjną ekipę. Miejsce dostało nową nazwę – Ąka, która miała zwabić zaciekawionych studentów. O ile ta zmiana była fajna, o tyle wnętrze wcale nie będzie sprzyjało żakom. Najlepiej widać było to podczas kolacji, gdy ekipa pytała o ocenę rewolucji. Co innego można powiedzieć do kamery, niż że jest super? Mimika twarzy zdradziła jednak ukrytą prawdę.
„Ludzie tęsknią” powiedziała Magda Gessler, mając na myśli domową kuchnię. Podobno galaretki z nóżek nie można zjeść nigdzie indziej – jedna z kelnerek obdzwoniła cały Lublin, by się o tym przekonać. Prowadząca zarządziła zatem zmianę menu i wprowadzenie większej gamy zup, które wychodziły dziewczynom najlepiej. Zamówiła u babci próbkę krupniku oraz spis dań, które potrafi i lubi robić. Na koniec kazała wszystkim skombinować sobie partnerów i zaprosić ich do wspólnej zabawy, która w rzeczywistości okazała się tylko haczykiem. Panowie niewinnie porzucali sobie frisbee, a potem zostali zaciągnięci do mycia naczyń i sprzątania ze stołu, niczym niewolnicy. Czy mieli coś do gadania? W obliczu Magdy Gessler, nawet w umilonej wersji, raczej nikt nie ma.
Koniec końców z odcinka wyciągamy kilka ważnych wniosków: kuchnia domowa wygrywa z każdą inną, cielęcinę można zepsuć zarówno pieprzem, jak i ziołem angielskim, a jak jesteś miły, to bez obaw możesz dzwonić po Magdę Gessler. Potwierdziła się także hipoteza, że w Kuchennych Rewolucjach uprzywilejowane są osoby starsze, które za sprawą prowadzącej odbierają młodszym pałeczkę zarządcy, a kobiety zawsze górują nad mężczyznami. I bez względu na scenariusz odcinka, hierarchia zachowana być musi. Tym nieco seksistowskim akcentem zakańczamy relację z piątego odcinka i z niecierpliwością czekamy na kolejny, szósty.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Fot. TVN
Komentarze