Kucharze zmierzyć musieli się z szarańczami, skorpionami kogucimi grzebieniami i innymi dziwactwami. Zacznijmy jednak od początku, a więc od naleśników. Łatwizna…
Uwielbiam konkurencje, w których należy przygotować jeden rodzaj dania w wydaniu z różnych stron świata, ponieważ uwielbiam egzotyczne kuchnie. Szczęście jest ogromnym sprzymierzeńcem, świetnie byłoby trafić na swój ulubiony region świata. Pierwszy naleśnik bywa przeważnie nieudany, ale szefowie mieli dość czasu na znalezienie w Internecie odpowiedniego przepisu, przemyślenie go i doprowadzenie go do perfekcji. To są przecież tylko naleśniki… A jednak. Znalazł się tam kucharz, co polskich naleśników nie potrafił przygotować, więc cóż tu mówić o indyjskich i irlandzkich. Jednym zdaniem: „Była dupa, nie pancakes”. Jak zwykle stres, tępo konkurencji i próby przekombinowania pogrążają uczestników programu. Ze wszystkich naleśników miałam ochotę tylko na japońskie i australijskie. Magdalena Perszke pokazała na co ją stać.
Schody zaczęły się jednak dopiero w drugiej konkurencji. W jaki sposób przyrządzić ruszające się jeszcze stworzonka lub części głów kogutów i świnek? Większość z uczestników nigdy nie przygotowywała dań z powyższych składników, niektórych przeraziła sama myśl o pracowaniu z krwią. Przerażająca konkurencja. To trzeba zobaczyć, tego nie da się opisać. Miny zarówno kucharzy jak i uczestników – bezcenne.
Dogrywki pierwszych odcinków są nadzwyczaj słabe. Najgorsi z najlepszych nie są jeszcze przyzwyczajeni do stresu przed kamerą, w obliczu ogromnych emocji nie myślą racjonalnie, próbują stworzyć coś z niczego i przeważnie im nie wychodzi. Jury nie ocenia pobłażliwie, kucharze załamują się i sami chcą opuścić program. Kto wie, może ta droga eliminacji byłaby skuteczniejsza od werdyktu szanownej komisji, ponieważ na Top Chefa nie nadaje się osoba, która sama w siebie nie wierzy. W poprzednim odcinku powodowana strachem i tęsknotą za rodziną odeszła Patrycja Stefanów-Kot, właścicielka i szefowa kuchni z Krynicy-Zdroju. W dzisiejszym odcinku z kretesem odpadł Piotr Lisakowski, właściciel i szef kuchni restauracji Gryfon w Jastarni, który podał jurorom pokrojone w plastry warzywa przygotowane w maszynie do wekowania, której nie potrafił obsługiwać. Żaden kucharz uważający się za lepszego niż w rzeczywistości jest już w poprzednim sezonie nie dotrwał do finału. Tak stało się i tym razem. Choć cała dogrywkowa trójka popełniła „klęskę warzywnego nieurodzaju” Piotr wykazał się największą niekompetencją. Mało brakowało, a ze strachu program opuściłaby również Agnieszka Buch, 23-letnia szef sekcji Hotelu i Restauracji The Ness House w Shaldon w Wielkiej Brytanii. Na szczęście duch drużyny podtrzymał w niej resztki nadziei i postanowiła zostać. Ciekawe, co Agnieszka zaprezentuje w następnym odcinku.
Joanna Swojak
(joanna.swojak@dlalejdis.pl)
Fot. Polsat
Komentarze