Czy to tą prawdą kierowała się Krystyna Pawłowicz, wywołując burzliwą, niekończącą się dyskusję na temat bezproduktywności, tolerancji i granic wolności słowa? Cóż, bez względu na pobudki, każda sława ma swoją cenę.
Od czasów Jacka Kurskiego trudno mówić o prawdziwej gwieździe – nowym bulterierze w Prawie i Sprawiedliwości. Na miejsce Kurskiego próbował wskoczyć Adam Hoffman, potem (choć dość monotematycznie) Antoni Macierewicz. Po drodze pojawiła się także Beata Kempa. A teraz swoje 5 minut ma Krystyna Pawłowicz.
Krystyna Pawłowicz, do niedawna zupełnie nieznana (chyba że ktoś szczerze interesuje się polityką i wie, że zasiadała w Trybunale Stanu, Radzie Nadzorczej Telewizji Polskiej czy Krajowej Radzie Sądownictwa), zasłynęła ostatnio z tego, że bardzo dosadnie skrytykowała projekty ustawy o związkach partnerskich, nad którymi debatowali posłowie. Nie byłoby w tym jednak nic nadzwyczajnego (bowiem krytyka z ust opozycji to rzecz naturalna), gdyby nie fakt, że Krystyna Pawłowicz zdecydowała się także na publiczne obrażenie (podczas spotkania z czytelnikami „Gazety Polskiej”) Anny Grodzkiej, posłanki z Ruchu Palikota. Chociaż, jak tłumaczyła pani Krystyna, z pewnością dość zdziwiona powszechną reakcją na swoje słowa, do takiej wypowiedzi miała pełne prawo, zagwarantowane w ramach wolności wypowiedzi. No tak, ci, którzy poczuli się jej wypowiedzią urażeni czy zniesmaczeni po prostu nie rozumieją i nie szanują tej wolności.
Krystyna Pawłowicz już stała się dla internautów źródłem inspiracji i bohaterką prześmiewczych, złośliwych, ironicznych wpisów, komentarzy, zdjęć i obrazków. Jak sama twierdzi, jest przez internautów nękana. Zapewne nie była też szczególnie zadowolona z reakcji kilkudziesięciu naukowców, którzy opublikowali list otwarty, pisząc w nim między innymi, że czują się zawstydzeni agresją i pogardą w wypowiedziach Krystyny Pawłowicz na temat osób homoseksualnych i transseksualnych, że są oburzeni szyderstwami z Anny Grodzkiej. I przepraszają tych, którzy poczuli się urażeni słowami tej pracownicy naukowej.
Jeśli wypowiedzi Krystyny Pawłowicz stanowiły przemyślaną strategię partii na znalezienie się w centrum uwagi w kontekście dość trudnego tematu związków partnerskich, to trzeba przyznać, że niezbyt trafnie wybrano inicjatorkę afery. Internauci niemal natychmiast wytknęli jej pewną hipokryzję – w końcu o jałowości osób pozostających w związkach partnerskich mówi… bezdzietna panna.
Kto najwięcej zyska na tej sprawie? Cóż, wydaje się, że największą wygraną będzie… Anna Grodzka. Słowa Krystyny Pawłowicz bez wątpienia spodobają się konserwatywnym sympatykom PiS (czyli tym, którzy i tak partię popierają), natomiast z pewnością zrażą większą część umiarkowanych wyborców. Natomiast Anna Grodzka, jako ofiara ataku Krystyny Pawłowicz, może liczyć na sympatię i solidarność całkiem sporej rzeszy osób (niekoniecznie zaliczających się do elektoratu Ruchu Palikota). Anna Grodzka powinna więc być w gruncie rzeczy wdzięczna Krystynie Pawłowicz za położenie fundamentu pod jej pozytywny wizerunek medialny. A to prawdziwy skarb w polityce.
Czy Krystyna Pawłowicz ma szansę na pozostanie nową twarzą PiS? Nie wydaje się. Konkurencja jest spora, a po takim skrajnym początku posłance ciężko będzie zszokować opinię publiczna czymś nowym i utrzymać zainteresowanie swoją osobą.
Agata Podgajska
(agata.podgajska@dlalejdis.pl)
Fot. Jakub Szymczuk
Komentarze