Kuchenne problemy w mieście Tymbarkiem płynącym

Kuchenne Rewolucje Magdy Gessler w restauracji Zajazd pod Jodłową Górą w Tymbarku.
Tymbark kojarzy się przede wszystkim z pysznym, orzeźwiającym napojem i charakterystycznymi tekstami spod kapsla.

W cieniu fabryki kryje się jednak restauracja, która pilnie potrzebuje interwencji Magdy Gessler.

Słysząc nazwę „Tymbark” większość widzów dzisiejszego odcinka Kuchennych Rewolucji z pewnością głęboko westchnęła. Czy chodzi o TEN Tymbark? Owszem, właśnie o ten! O znane każdemu miasteczko, w którym mieści się fabryka słynnego i lubianego napoju. Niestety, jego sława nie przekłada się na powodzenie innych miejsc w okolicy. Ofiarą numer jeden okazał się Zajazd pod Jodłową Górą, od 1997 roku prowadzony przez czterdziestoczteroletniego Janusza i jego siedem lat młodszą żonę Edytę. Warto nadmienić, że choć jako głównego właściciela przedstawiono nam Janusza, Magda Gessler standardowo załatwiała wszystkie sprawy z jego partnerką. Restauracja nazwę swą wzięła od miasta, które przed Tymbarkiem znane było właśnie jako Jodłowa Góra. Miasto to, a raczej miasteczko czy też wieś, znajduje się sześćdziesiąt kilometrów od Krakowa i z racji swych niewielkich rozmiarów nie zapewnia szerokiej klienteli. Wcześniej zajazd figurował pod nazwą Duet i był zwykłą dyskoteką zwabiającą – wedle słów wójta – łyse pały z Krakowa. Po latach tej wątpliwie dobrej sławy postanowiono pozbyć się łysych pał i handlarzy narkotyków, w związku z czym zaprzestano puszczania muzyki i wprowadzono stałe, obiadowe menu. Zmieniono także wystrój, przerabiając wnętrze na ekskluzywne, estetyczne i dość hermetyczne. Magdzie Gessler na myśl przywiodło pałacową salę weselną. Nic więc dziwnego, że ludzie omijali je szerokim łukiem – kto chciałby stołować się w miejscu, w którym nie wiadomo, jak się zachować, a ceny zabierają połowę pensji?

Trzy dni na naprawę sytuacji
Uczestnikom programu z całą pewnością można było pozazdrościć tak pięknej pogody. Podczas gdy my marzliśmy i mokliśmy idąc na groby, oni lekkim krokiem pomykali wśród promyków słońca. Nie musieli nosić kurtek, szalików i parasoli. Z drugiej strony może i nie ma im czego zazdrościć, skoro borykali się z poważnymi problemami finansowymi? Od tego jest jednak Magda Gessler – przyjeżdża, czaruje i wszystko się układa, a słońce znów zaczyna sprawiać radość. Tak się stało i tym razem. Proces ratowania Zajazdu pod Jodłową Górą zaczęto od ugoszczenia prowadzącej zupą gulaszową, żurkiem, zbyt grubym kotletem schabowym z odchodzącą panierką, spalonym gulaszem i szarlotką. Na nasze nieszczęście nie dostaliśmy rozrywki wynikłej z plucia w talerz czy rzucania wyzwiskami lub chociaż sarkastycznymi komentarzami. Obiad przebiegł całkiem nieźle, jedzenie smakowało, a kucharze szczerzyli zęby w szerokich uśmiechach. Jak zatem ratować restaurację, która w gruncie rzeczy nie wymaga wielu zmian? W czym tkwił problem?

Pomocnym posunięciem była wizyta Magdy Gessler u wójta, który (oprócz wzmianki o łysych pałach) opowiedział o społeczności z małego miasta i realiach, jakie tam panują. Przyznał, że ludzie przykładają wielką wagę do tego, co pomyślą inni. Nie chadzają do restauracji, bo mogłoby to zasugerować sąsiadom, że w domu są jakieś problemy. Dla nas może być to śmieszne, ale dla nich stanowi poważną sprawę. Na pierwszy rzut oka to prawdziwy impas. Okazało się jednak, że wyjście owszem – jest, ale to politykę zajazdu należy nagiąć do ludzi, a nie ludzi wabić do siebie. Szacunek dla sposobu życia przede wszystkim. Takim oto sposobem ściągnięto obleśny, zasłaniający widok banner, pozrywano ekskluzywno-weselne dekoracje i odczarowano pałacowy urok. Do współpracy zaproszono Koło gospodyń wiejskich, które od tej pory miały przychodzić co najmniej raz w tygodniu, by sprzedawać swojskie wyroby i przekonać ludzi, że w Zajeździe pod Jodłową Górą można czuć się jak u siebie w domu.

Chodźcie tu, bo tu jest domowo!
By wyróżnić restaurację spośród ciemnych, zlewających się lasów, pod dachem zawieszono wiecznie świecące lampki choinkowe. Zastosowano się do zarządzenia: swojsko – dobrze, dyskotekowo i pałacowo – źle. Dla podkreślenia beztroskiej, domowej atmosfery, użyto regionalnym motywów. Na ścianach zawieszono zdjęcia starego i nowego Tymbarku, a pod lampami podwieszono puste butelki sławnego napoju. W końcu skoro cieszy się on taką popularnością, głupotą byłoby się pod nią nie podpiąć. Ciekawe tylko, czy z biegiem czasu nie oberwie im się w związku z jakimiś prawami autorskimi? To już jednak inna bajka, która należy do przyszłości.

Podczas promocji ludzi wabiono sałatką jarzynową podawaną w plastikowych miseczkach. Pomysł raczej słaby, ale co kto lubi. W końcu nawet starszy pan z kijkami od Nordic Walking skusił się na jedną porcję, mimo że miał w planie spalać, a nie nadrabiać kalorie. Późniejsza kolacja przebiegła całkiem pomyślnie, ludzie byli zadowoleni, a kiedy Magda Gessler wróciła, by ocenić całość rewolucji, część stolików zajmowała klientela. Wychodzi na to, że wszystko się udało, choć jedzenie nadal odbiegało od ideału. Parafrazując słowa prowadzącej – nie wystarczy znać przepis, trzeba jeszcze brać pod uwagę pozostałe czynniki mające wpływ na jakoś wykonywanej potrawy. Nie wystarczy także kupić miejsca i nazwać go restauracją. Trzeba o nie dbać, dostosowywać do wymagań klientów i obserwować zachodzące dookoła zmiany. Nieustanna uwaga z pewnością uchroni właścicieli przed katastrofą i ponownym wzywaniem Magdy Gessler.

Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)

Fot. TVN



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat