Kuchenne Rewolucje Magdy Gessler znów w TVN

Kuchenne Rewolucje Magdy Gessler w Restauracji Folklor w Jastrowiu.
Nowy sezon ruszył pełną parą. Choć nie było przecinania powitalnej czerwonej wstęgi, ani puszczania białego gołębia, nie zabrakło masy przekleństw, plucia jedzeniem oraz ciętych komentarzy.

Jastrowie – miasto województwa wielkopolskiego, położone 20km od Piły. To właśnie tam znajduje się restauracja „Folklor”, którą zarządza młode małżeństwo – dwudziestosześcioletni Szymon i Natalia. Do programu zgłosili się z powodu braku klientów. Nie mieli pojęcia, dlaczego sprawy wyglądały tak źle. Swoją teorię, dotyczącą przyczyny problemu, miała za to ekipa pracowników – trzy kucharki: Teresa, Kazia i Bożena, oraz wiekowy kelner Zdzisław. Według nich młodzi za bardzo się rządzili, nie mając o niczym pojęcia. Sytuacja w restauracji nie była jednak taka oczywista. Okazało się, że panował tam ogólny przerost formy nad treścią. Kucharki marudziły, a wcale dobrze nie gotowały, szefostwo zapewniało o dobrej jakości produktów oraz pełnym wyposażeniu kuchni (w sprzęt), którego wcale nie zapewniało, a kelner lubił pogadać za plecami chlebodawców. Na tę sytuację poradzić mogła już tylko Magda Gessler.

W pewnym momencie padło hasło „konfliktu pokoleń”. Początkowo można było pomyśleć, że coś w tym jest. Załoga, oscylująca w granicach 51-64, miała wieloletnie doświadczenie i mocne poglądy na temat prawidłowego prowadzenia interesu. Młodzi chcieli za to mieć wszystko po swojemu. Urządzili wnętrze „Folkloru” na tyle swojsko i świeżo, na ile pozwolił im przeznaczony na ten cel budżet. A z racji, że był on niewielki, ściany świeciły bielą, pustką i były raczej przygnębiające. Obyło się jednak bez krytycznych komentarzy. Magda Gessler, przebrana za drapieżnego geparda, upolowała wygodny stolik i zasiadła. Menu, za swój powiew młodości, zdobyło jej aprobatę. Pierwsze wrażenie było więc w miarę pozytywne. Dopiero po złożeniu zamówienia (na żurek, rosół i wątróbkę), prowadzącą spotkało rozczarowanie. Żurek był gęstym, śmierdzącym kisielem, rosół wodą z „czymś żółtym”, a wątróbka nigdy nie spotkała się z przyprawami. Tu posypała się cała masa przekleństw – skąd inąd zupełnie niepotrzebnych, polski język ma naprawdę duże zasoby słów, którymi można było kulturalniej opisać zastaną sytuację, ale cóż… czymś trzeba widzów ściągnąć przed telewizory. Niewiadomo także, po co rzuciła naczyniami o szafkę (szkoda talerza). Pierwszy taki rzut szokował, drugi może jeszcze też, trzeci i czwarty śmieszył lub oburzał, a teraz to już chleb powszedni. Za całą pewnością będzie trzeba zmienić taktykę lub wprowadzić coś nowego, odświeżyć scenariusz. Tak, jak odświeżono wizytówkę Magdy Gessler, która pojawia się kilka minut po rozpoczęciu każdego odcinka. Trzeba przyznać, że po sześciu sezonach to miła odmiana.

Ostatecznie restauracja została uratowana – a jakże! Do menu wprowadzono dzikość, choć związaną raczej z otaczającymi miejsce lasami, niż gepardzią kreacją Magdy Gessler. Wykorzystano połączenie smaku tarty, grzybów, upolowanych dzików i wyrazistych sosów. Kolacja promocyjna naprawdę się udała, choć na kilka minut przed nastąpił kryzys w związku z felernym piecykiem. Wcześniej niedoprawiane przez panie kucharki potrawy, wreszcie nabrały smaku. Jak to mawia pewien znany mi człowiek – bez paniki, wszyscy jesteśmy dorośli. Na problem deficytu przypraw najlepszy jest Prymat, bez którego nie byłoby odcinka. Także na brak funduszy jest sposób, a mianowicie zamienienie drogiej wątróbki o wiele tańszym dzikiem. Gdyby ktoś niedowierzał, pytania proszę kierować do prowadzącej. A wracając do restauracji, jej wystrój zmieniono w małym stopniu, nie wymagał bowiem drastycznych środków. Trochę podmalowano ściany, dorzucono warzyw w formie dekoracji oraz przedzielono salę kilkoma zasłonami-kotarami. Wyszło nieźle, choć mogłoby być bardziej „dziko” – żeby pasowało do dań z menu. Nie ma się jednak co czepiać. Grunt, że wszyscy (właściciele, załoga i Magda Gessler) byli zadowoleni. Kucharki, a w szczególności doceniona za kotlety mielone i placki ziemniaczane Bożena, uwierzyły w siebie, szefostwo prawdopodobnie spokorniało, a Zdzisław na przyszłość dwa razy się zastanowi, zanim zacznie podcinać gałąź, na której siedzi. I jeżeli nic przez kolejne miesiące nie zakłóci tej sielanki, śmiało będziecie mogli wsiąść w pociąg i pojechać do „Folkloru” na dzika, tartę z pasztetem lub kaszę pęczak z sosem grzybowym.

Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)

Fot. Archiwum TVN



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat