„L'Americano” - Włochy, wino i płatny zabójca

Recenzja filmu Amerykanin.
Płatny zabójca, malownicza Italia, piękne kobiety, miłość... - co za nuda, pomyślałam, oglądając trailer najnowszego filmu z boskim George'em Clooneyem.

Zatwardziały kawaler, który stopił niejedno niewieście serce swoim zniewalającym uśmiechem i stylem niegrzecznego chłopca pokazał po raz kolejny, że jest dobrym aktorem, potrafiącym wcielić się w przeróżne role. I to głównie osadzenie go w roli Jacka zdecydowało, że ostatecznie obejrzałam „Amerykanina”.

Niemal przez cały film Jack pozostaje mrukiem, który nie uśmiecha się i nie wypowiada więcej słów, niż potrzeba. Trudni się fachowym zabijaniem, dzięki czemu jest również ekspertem od wszelkiego rodzaju broni. Niestety, jego działalność nie budzi aprobaty wielu osób, które próbują pozbyć się niebezpiecznego gracza. Na szczęście „szef” Pavel (Johan Leysen) zapewnia swojemu podopiecznemu przytulny azyl w urokliwym włoskim miasteczku. Tam Jack ma pracować nad przygotowaniem broni, która pozwoli jego koleżance po fachu wykonać zlecenie.

Zazwyczaj filmy o płatnych mordercach to filmy akcji, w których koszty zakupu keczupu przekraczają budżet małego państwa, a dilerzy zacierają ręce, widząc kolejne rozbijane samochody. Oczywiście, są też piękne kobiety, które robią za „ozdóbki” porozwieszane na muskularnych ramionach spoconych maczo, załatwiających zlecenia jednym „headshotem”. Anton Corbijn i Rowan Joffe postanowili zmierzyć się z tym wizerunkiem i pokazać coś zupełnie nowego.

Jack jest smutny. Nie ze względu na wyrzuty sumienia, nie ze względu na poczucie ciągłego zagrożenia, ale ze względu na samotność. Szuka ukojenia w ramionach pięknych kobiet, z którymi jednak nie dane jest mu się związać ze względu na swoją profesję. „Żadnych przyjaciół” - wciąż powtarza mu Pavel. Wyszkolony zabójca nie waha się przed pociągnięciem za spust, nawet gdy lufa wycelowana jest w głowę kobiety, z którą spędził upojne chwile. Dopiero prostytutka Clara (Violante Placido) sprawia, że pistolet przestaje pasować do ręki Jacka, a raczej Pana Motyla, który takie przezwisko zawdzięcza tatuażowi z tym owadem, jak i pasji, którą są właśnie motyle.

Wspominam o pasji entomologicznej, by podkreślić to, co w filmie najważniejsze, czyli kreację głównego bohatera. „Amerykanin” to nie jest kino akcji, fabuła płynie raczej sennie, nie ma zaskakujących zwrotów akcji ani spektakularnych pojedynków „w samo południe”. Widz  uczestniczy raczej w studiowaniu psychiki samotnego człowieka, który niezależnie od tego, co robi, potrzebuje miłości jak każdy. Jack chce się zakochać, poznać kogoś, z kim mógłby dzielić życie. Obraz Corbijna to sensualny, delikatny, przesycony smutkiem rozrachunek złego człowieka z dotychczasowym życiem. I nie jest to bynajmniej głupawy film, w którym wszystko się dobrze kończy i widzimy wielką przemianę głównego bohatera z zatwardziałego mordercy w sympatycznego pantoflarza.

„Amerykanin” jest bardzo nieamerykański. Mało scen łóżkowych, brak sensacji, porywających dialogów. Za to wiele sugestii, sygnałów, drobiazgów. W przypadku tych ostatnich reżyser chyba chciał dorównać wielkiemu niemieckiemu twórcy – Michaelowi Haneke – mistrzowi ujęć szczegółów. Corbijn ma na swoim koncie dopiero kilka filmów, ale widać, że inspiracje czerpie od najwybitniejszych. W „Amerykaninie” odbijają się bowiem refleksy twórczości Hitchcocka, Felliniego czy Ozona.

Nie można, oczywiście, nazwać obrazu świetnym. Niemniej, warto się na niego wybrać, bo już dawno nie było w kinie tak subtelnego filmu z tak pięknymi ujęciami panoramicznymi. No i ten drańsko przystojny George Clooney...

Michalina Guzikowska
(Michalina.guzikowska@dlalejdis.pl)


Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat