Trzeci odcinek Kuchennych Rewolucji rozegrał się w samym środku tczewskiego blokowiska, w cieniu jednego z najwyższych prostopadłościanów, gdzie od piętnastu lat pizzerię prowadzi Michał – dziś trzydziestosześcioletni kucharz-samouk. Choć nie brzmi to zachęcająco, i jak później miało się okazać – wcale nie bez przyczyny, przez owe naście lat musiało się Michałowi całkiem nieźle powodzić, jako że zarządzał nie jednym lokalem, a całą siecią o nazwie „Millenium”. Na początku ustalił menu i przydzielił kucharkom obowiązki, a potem spokojnie patrzył, jak biznes kwitnie. Bądź więdnie, co w tej sytuacji jest bardziej adekwatnym określeniem. Dziś bowiem Michałowi zostało ostatnia, do tego usychająca roślinka, w której schroniły się najsilniejsze psychicznie kucharki. Dlaczego właśnie najsilniejsze? Z powodu charakteru ich szefa, który ufał tylko sobie i swojej pracy, a całkiem dobrze gotujące kobiety obsadził na stanowiskach nazywanych „pomoc kuchenna”, które obejmowały niezbyt trudne czynności typu obieranie warzyw czy mycie naczyń. Choć Michałowi wydawało się to rozsądną decyzją, najwyraźniej wcale taką nie było, bo w końcu nastał dzień, w którym zdecydował się wykonać telefon do Magdy Gessler. Duma dumą, nieufność nieufnością, ale kiedy bankructwo zagląda w oczy, nawet najbardziej zatwardziały przeciwnik podziału pracy spuszcza głowę i przekazuje część obowiązków innym.
Kiedy Magda Gessler zawitała w progach „Millenium”, momentalnie wyczuła, że coś jest nie tak. „Śmierdzi mi jedzeniem” – oznajmiła, poczym przeprowadziła węchowe śledztwo wśród zamówionych dań. Okazało się, że flaki pachną kupą, placki ziemniaczane wyglądają jak wymioty, a cała reszta jest mrożona i niejadalna. Świetny wynik. I zaskakujący, szczególnie że Michał posiada własne gospodarstwo, w którym pod dostatkiem ma kurzych jaj, świeżych warzyw i swojskich potraw przyrządzanych przez żonę. W pracy woli jednak iść na łatwiznę, czego Magda Gessler zaakceptować nie mogła. Szybko zorganizowała gulaszowy test, rozeznała się w umiejętnościach kucharek i zarządziła podział obowiązków. Najciężej zniósł to oczywiście szef, ekipa wprost przeciwnie – uśmiechy od ucha do ucha świadczyły o uldze, jaka przepełniła kobiety po długich latach pracy w cieniu (nie tylko bloków, ale i Michała). Ponadto restauratorka odkryła, że mężczyzna wcale nie potrafi gotować, a tylko mu się tak wydaje. Obiecała pomóc i udzielić mu lekcji, gdyż wyraził taką chęć. Wierzył, że nigdy nie jest za późno. Na nic.
Rewolucja odmieniła smętny wygląd lokalu, nadając mu anielskie – błękitne barwy oraz diabelski element pikanterii. Zmieniono nazwę, która nie brzmi już „Millenium” a „Mio Angel”. W anielskim klimacie sporządzono również nowe menu pizzerii, dzięki czemu oprócz pizzy dostaniemy tam również spaghetti bolognese z klopsami i parę innych, wreszcie świeżych i swojskich potraw. Jeśli więc teraz w restauracji rzeczywiście jest tak, jak ukazała to końcówka programu, myślę, że warto wyruszyć w podróż do Tczewa i zaznać trochę anielsko-diabelskiej przyjemności kulinarnej.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Fot. TVN
Komentarze