W najnowszym odcinku Kuchennych Rewolucji pojawiliśmy się w Kielcach, gdzie dwa lata temu restaurację „L’amore” – pomyślaną jako pizzeria, ale z czasem przekształconą w wytworny lokal z dużą kartą dań – otworzył Mariusz, niezaznajomiony z kulinariami miłośnik Włoch. Jak sam powiedział, zależało mu na prowadzeniu „pizzerii w lepszym wydaniu”, ale ostatecznie wyszedł misz-masz. W próbach okiełznania chaosu pomagały mu dwie siostry – jedna w roli kucharki, druga prowizorycznej menedżerki. Sprawy nie zmierzały jednak w dobrym kierunku, bo właściciel nie potrafił: ogarnąć sytuacji, kupować odpowiednich produktów (i odpowiedniej ilości) ani mówić wprost, a do tego nie znał się na branży, nie słuchał dobrych rad i trudno go było zmienić, choć ekipa pracownic – skądinąd bardzo ze sobą zżytych – niejednokrotnie próbowała.
Kelnerki i kucharki narzekały na brak surowców oraz konieczność tłumaczenia klientom, że zamawianych przez nich dań nie ma (a zdarzało się, że brakowało nawet połowy karty!). W dniu przyjazdu Magdy Gessler nic podobnego się jednak nie zdarzyło, bo kuchnia została zaopatrzona perfekcyjnie. Prowadząca ponarzekała na organizację przestrzeni, wystrój wnętrz a la „oczopląs dekoracyjny” oraz zbyt wielką kartę, ale do dań nie mogła się przyczepić. Nie tylko okazały się rewelacyjne, ale pizzę nazwała wręcz jedną z lepszych, jakie jadła.
Szybko wyszło na jaw, że rewolucji trzeba poddać nie tyle restaurację, co podejście Mariusza. Z trudem udało się wymóc na nim obietnicę odsunięcia się w cień i oddania rzeczywistej władzy siostrze. To z kolei wpłynęło na wszystkich pozytywnie. Pełne energii i zapału kobietki ruszyły w miasto, śmiechem i radością promując stare „L’amore”, a nowe „Grande Cozze”, czyli wielkie małże lub muszle. W zgodzie z nazwą do karty wkroczyły owoce morza, zasiadając na przepysznej pizzy oraz mocząc się w nowych rodzajach zup. Resztę dań wywalono, bo co za dużo, to niezdrowo.
Nowy wystrój restauracji mnie urzekł, co w Kuchennych Rewolucjach zdarza się rzadko. Z jednej strony był włoski, z drugiej zaś przypominał wnętrze fabryki Willy’ego Wonki (zwłaszcza te biało-czerwone słupki!). Mariusz trochę pomarudził, ale w końcu uległ. Nie mogło być zresztą inaczej, bo wszyscy goście byli zadowoleni, a po powrocie Magda Gessler zastała pełną salę uśmiechniętych i najedzonych ludzi. Myślę, że ten obrazek mówił sam za siebie. Dodatkowych słów zachęty nie było już trzeba.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Fot. TVN
Komentarze