Łódź to miasto, do którego dotrzemy nie tylko łodzią. Gdyby tak było, obawiam się, że dzisiejszy odcinek Kuchennych Rewolucji mógłby nie dojść do skutku. To w tym miejscu swoją restaurację otworzyła – a nawet nie tyle otworzyła, co przejęła po poprzednim właścicielu – zakochana para Ania i Marcin (nie mylić z duetem Jacek i Barbara, występującym w przedszkolnej rymowance). Pomysł mieli niezły, zapału też całkiem sporo. Chwilę wcześniej wrócili z wycieczki po Czarnogórze, gdzie najedli się tylu smacznych potraw, że uznali, iż w ojczystym raju nie wezmą do ust niczego lokalnego, choćby mieli pomrzeć z głodu. No dobrze, może aż tak dramatycznie nie było. Po prostu zakochali się w nowych smakach i uznali, że warto przenieść je na polski grunt. Zagadnęli i naciągnęli rodziców, którzy – jak na rodziców przystało – wspomogli ich w tym niezwykle przemyślanym zakupie.
Główny problem przejęcia restauracji polegał na tym, że były właściciel pochodził z Czarnogóry, a szef kuchni był Serbem, i kiedy jeden odszedł, drugi poszedł za nim. To samo uczynili klienci, odwracając się na pięcie niczym przyczepione do niewidzialnych sznurków marionetki. Z braku wiedzy i osoby występującej w roli nauczyciela dania w „Montenegro” zostały spolszczone i ani nie trafiały do stałych bywalców, ani nie podbijały nowych serc.
Jak trwoga to do kuchennego boga, czyli Magdy Gessler. Tym razem pani prowadząca Kuchennych Rewolucji i ekspertka pierwszej klasy w dziedzinie restauratorstwa powitała duet Ani i Marcina – a nie Jacka i Barbary, tak na wszelki wypadek przypominam – z otwartymi ramionami i sercem. Cóż, zawsze tak bywa, gdy sprawa dotyka korzeni – nie mam na myśli przypraw ani pietruszki – i idealizowanego dzieciństwa. Choćbyśmy w wieku pięciu lat nienawidzili rodziców za kary i dozwolone wówczas klapsy w cztery litery, po upływie paru dziesiątek lat nie będziemy już pamiętać bólu, za to serce wypełni się tęsknotą za zabawami, smakami, zapachami i tak dalej. Podobny los spotkał Gesslerową, która – jak wielokrotnie powtórzyła – wychowała się na Bałkanach.
Rewolucja nie była trudna, choć była nieco ciężka. Potrawy opływały tłuszczem wydzielającym się między innymi z ton żółtego sera, w związku z czym w pewnym momencie operator kamery musiał wyłączyć sprzęt i powiedzieć Gessler, żeby przestała jeść, bo to, że weszła do „Montenegro” o własnych siłach i z luzem między drzwiami a brzuchem, nie oznacza, że z równą łatwością uda jej się wyjść. No dobra, wcale tak nie było, ale przecież mogło. Nawet ja przytyłam parę kilo od patrzenia na kaloryczność prezentowanych potraw. Innych obeszło to nieco mniej, bo nie tylko oczyścili całą tacę z poczęstunkiem, nie zapominając wylizać okruszków, ale jeszcze korzystali z darmowej kolacji. Trochę potańczyli, trochę pośpiewali i poprzebywali wśród nowych honorowych klientów restauracji, przybywających prosto z Serbii. Na koniec Marcin zgodził się uczyć i odzyskał utracony zapał, a Ania przykleiła do twarzy banana i liczyła dochód z pełnej sali, oblizując wargi.
Trochę bardziej poważnie: wszystkiego naj właścicielom super lokalu!
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Fot. TVN
Komentarze