Zakopane, górna część Krupówek, jasnobrązowa, dość sterylna, szerokim łukiem omijana przez turystów willa "Zośka". To tam flagę swą wbiła 38letnia Wiola, uciekinierka z Kielc, poszukująca nowego startu w życiu. Goniąca za idyllą i marzeniem przebywania wśród gór, na nowy dom wybrała właśnie Zakopane, a najlepszym w tym mieście interesem wydało jej się prowadzenie restauracji. Chatka, w której otworzyła "Zośkę", jest miejscem pamięci o Witkacym i jego matce, jako że kobieta sama prowadziła tam swój lokal. Niestety, Wiola zignorowała ów fakt, a przynajmniej zaniedbała go na tyle, że przechodnie wcale o niczym nie wiedzieli. Z historii, która mogła być atutem, uczyniła wyblakłe widmo. No cóż, miała do tego prawo. Oprócz niej w lokalu pracować zaczęli jeszcze 36letni Staszek - szef kuchni, jego bezimienna pomoc, 24letnia kelnerka Justyna oraz 25letnia kelnerka Magda. Mimo ładnych góralskich strojów, urozmaiconego o różnokolorowe sałatki menu i szczerych chęci, klientów ubywało. To zaś stało się powodem wykonania TEGO telefonu.
Magda Gessler pojawiła się w Zakopanem w dniu słonecznym, pogodnym, pełnym turystów. Do miejsca, które było jej celem, zmierzała jednak sama. Inni przechodzili obok, zupełnie nie widząc drzwi - sytuacja rodem z Harry'ego Pottera. Po wejściu od razu rzuciła jej się w oczy surowość wnętrz. Chwilę później także niezrozumiała rozmaitość dań w menu, a na koniec jej kubki smakowe zaatakował twardy (skoro twardy, to jak mógł być gumowy?) oscypek, kwaśnica z niedokwaszonej kapusty, stęchłe buraczki śmierdzące pleśnią oraz schab o smaku bez smaku. Jakby jeszcze było mało, próbując ugryźć problem od innej strony, Magda Gessler odkryła kompletną ignorancję pracowników wobec historii i postaci, jaka powinna być w tym miejscu najważniejsza. Rozdawszy zadania domowe, opuściła lokal.
Dalej nie było jednak lepiej. Kelnerki poduczyły się nieco o Witkacym, ale Wiola nie do końca wypełniła swój obowiązek przeprowadzenia śledztwa kulinarnego w okolicy. Parę miejsc odwiedziła, trochę poobwąchiwała (słusznie zarzucając fryturze gwałt na Krupówkach), ale niczego nie spróbowała, z nikim nie porozmawiała. Prowadząca, choć wyraźnie poirytowana, nie poddała się tak łatwo. Przedstawiła plan zmian w "Zośce", która z podrzędnej jadłodajni miała się stać tapas barem, zarysowała wizję ponownego wprowadzenia Witkacego do pomieszczeń i zaproponowała nowe pozycje w menu. Podczas przygotowań pokrzyczała jeszcze w związku z kupieniem marnej jakości produktów oraz niewiedzą dotyczącą wyrobu kopytek, później odkryła spleśniałą kapustę kiszoną, a na koniec wyłożyła do oka kamery życiową prawdę, iż "do młodej cielęciny nie dodaje się pieprzu". I tyle, niby wszystko miało być już ładnie, pięknie. Niestety, po powrocie wielkie było jej - jak i moje, bo wcale się nie spodziewałam - zaskoczenie, gdy znalazła wyschnięte na wiór kanapki, nowego kucharza bez odpowiedniego (czyli jej) przeszkolenia, przemyconą na powrót frytownicę i nowe, niezaaprobowane rzeczy w menu. Zrezygnowana, ale ze spokojem większym niż podczas rewolucji, poinformowała, że pod tą zmianą się nie podpisuje. "Zośka", z obiecującego tapas baru, znów stała się przybytkiem nędzy i smrodu starej frytury, tyle że teraz na to wszystko smętnie spogląda Witkacy, a jego płócienne lico z dnia na dzień szarzeje. Niektórzy powiadają, że każdej nocy z jego oka spływa łza tęsknoty za prawdziwym góralskim oscypkiem mamy. Jak to jednak z legendami bywa, nigdy nie wiadomo, co jest w nich prawdą, co zaś fantazją.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Fot. sxc.hu
Komentarze