Gdzie ci mężczyyyźniiiii...? – bo na pewno nie w restauracji „La Torre” – wieży, prowadzonej przez niezbyt szczęśliwą parę. Ona – właścicielka na papierze, on – rzeczywisty kierownik, któremu zajmowanie tegoż stanowiska najzwyczajniej się znudziło. Tymczasowe rządy próbowała objąć 28letnia kucharka Agnieszka, ale jak sama powiedziała, niewiele mogła wskórać. Z jej perspektywy, choć nie tylko jej, pizzeria skazana była na coraz to gorszy los. Wygryzione kanapy, nieciekawe wnętrza, kiepsko przygotowane menu i same produkty mrożone tudzież proszkowe – nic z tego nie mogło przecież przyciągnąć klientów. Jakim więc sposobem kiedyś restauracja funkcjonowała? A takim, że zajmowała się nią właścicielka – Ania. Kiedy jednak zaszła w drugą ciążę, partner – Michał poprosił ją o przystopowanie i przekazanie mu pałeczki dowództwa. Niestety, jak się wkrótce miała przekonać, nie tylko nadzieja, ale i zaufanie matką głupich jest.
Nic dziwnego, że po przyjeździe Magdy Gessler obgryzione meble i nieświeże dania nie zdobyły uznania restauratorki. Nie znajdując w menu nic ciekawego, nie chciała w ogóle składać zamówienia. Kiedy jednak się przemogła, jej delikatne kubki smakowe zaatakował źle przygotowany winegret, który w zemście poleciła wypić Michałowi. I wtedy zaczęły się problemy, które nie doczekały końca aż do ostatniej sekundy rewolucji. Co więcej, w dwudziestej minucie odcinka – co było całkiem śmieszne – Magda Gessler oznajmiła, że „nie wie, czy przeprowadzi rewolucję”. Tak, tak, tyle dni za nią, kupa pieniędzy zmarnowana, a ją dopadły wątpliwości. Teatralnie opuszcza lokal, oczywiście bez szansy na powrót, a kamery zostają z załogą „La Torre” – niby po co, skoro nie wróci? Ale to tylko takie niuanse dotyczące deklaracji i gróźb ze strony grających przed kamerą oraz rzeczywistego planu odcinka. Rewolucja bowiem, jak zwykle, posuwała się do przodu. Nie obyło się bez kolejnych fochów właściciela, urażenia jego męskiej dumy i lekkiej agresji w stronę ciemnowłosej pani straża...czki? W kulminacyjnym momencie Michał w ogóle się wyniósł, dając pole do popisu pracownicom i żonie, które udowodniły, że babki są silne i zawsze dadzą radę.
Po miesiącu Magda Gessler wróciła do starej „La Torre”, a nowej „Mee...liny”. W karcie zastała zaproponowane przez siebie nowe odmiany pizzy na regionalnym kozim serze, a także inne, urozmaicające dawne nieciekawe menu dania. Spotkała się z obojgiem właścicieli w komplecie, jako że mąż marnotrawny powrócił do swej bezgranicznie kochającej kobiety, a także postanowił się zmienić, poprawić, odpokutować. Odświeżył sobie kulinarną wiedzę, którą wszakże w dawnych latach posiadał, i stanął jak równy z równym z dwoma Agnieszkami na kuchni. Ostatecznie więc, choć bajka to nie była, zakończyła się happy endem. A jeśli sami chcecie sprawdzić, jak długo sielanka się utrzyma, dobrze wiecie, co musicie zrobić. W „Mee...linie” miejsca na pewno się znajdą, niekoniecznie na obgryzionych kanapach.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Fot. TVN
Komentarze