Drugi odcinek jedenastego sezonu Kuchennych Rewolucji rzucił nas wprost do wielkopolskiej Piły, gdzie pośród rynkowych kamieniczek stała prowadzona przez Monikę pizzeria „West End”. Kobieta przejęła ją osiem lat wcześniej od poprzednich właścicieli, nie z racji pasji czy nowego zainteresowania dziedziną kulinarną, ale dlatego, że pojawiła się okazja, z której szkoda było nie skorzystać. Takie podejście jednak, wraz z kłopotami w życiu osobistym, zaprowadziło Monikę do miejsca, w którym nie potrafiła już sobie poradzić sama. Wyjechawszy z dziećmi za miasto, podjęła decyzję, że po powrocie pizzerię zamknie. Poddała się.
Nie poddała się za to jej przyjaciółka Klaudia, która w imieniu Moniki zadzwoniła do Kuchennych Rewolucji, prosząc Magdę Gessler o interwencję. Wiedziała, że załamanej kobiecie potrzebne są nie czułe słowa i głaskanie po głowie, ale porządny kopniak i dobre słowo na nowy start. A nikt nie kopie i nie mówi tak szczerze, jak słynna restauratorka. Nikt inny również nie robi takiej promocji i nie pozwala wypromować się w jednej z najchętniej oglądanych stacji telewizyjnych.
Problemem „West Endu” był rozrastający się wewnątrz nowotwór, złożony z kilku różnych czynników. Jednym z nich była kucharka Daria, która spostrzegłszy słabość i uległość właścicielki, nieustannie to wykorzystywała, ograniczając swoją rolę w restauracji do minimum. Odmawiała wprowadzenia do karty nowych dań, nie chciała pomagać w sprzątaniu i ogólnie była „na nie”. Poza nią na szczęście w pizzerii byli także inni kucharze, dwóch mężczyzn, którzy odpowiadali za całkiem smaczne pizze i posiadali znacznie większą wiedzę z zakresu kulinariów niż wspomniana Daria, czy nawet sama właścicielka. Jak się miało okazać, to z nimi po przyjeździe do Piły pracować miała Gessler.
„Jeszcze jedna pizzeria” – z dezaprobatą skomentowała lokal prowadząca Kuchennych Rewolucji, gdy stanęła w jego progach. Liczyła na coś lokalnego, regionalnego, niebanalnego, a dostała przeciętność, codzienność i przewidywalność. Zamówiła pizzę, bo cóżby innego?, która powstawała na jej oczach – za to plus, ale miała wiele mankamentów, jak przedrożdżowione, rozpadające się w rękach ciasto, zbyt wiele dodatków czy niewłoska grubość (chyba nigdy nie była w „Pizzy Hut”!). Przeglądając zaś propozycje makaronów, uznała, że to „sen wariata o spaghetti”, gdyż zwykły bolognese występował w niepokojąco dużej ilości wariacji rodem z kosmosu: z groszkiem, z orzechami, z serem i tak dalej.
Wystój lokalu był ładny, choć za kanapami znajdował się brud, a same kanapy... cóż, aż odechciewało się usiąść. W czasie rewolucji wnętrze pojaśniały, ze ścian zwisły cytryny a la jajka wielkanocne (i w ogóle cały wystrój wyszedł, moim zdaniem, zbyt wielkanocnie), a znajdujące się wcześniej dekoracje przemalowano. Pizzeria stała się włoska, choć wcześniej była... angielska – według właścicielki. Zaczęto serwować lepsze makarony, pizze (np. z sosem cytrynowym i karmelem!) oraz zupy. Przynajmniej w teorii.
W praktyce zaś, po powrocie Magdy Gessler do odnowionego „Lemon Capri”, wcale smacznie i idealnie nie było. Makaron okazał się zalany tłuszczem, zupa miała nie taki ser, jak powinna, na dodatek była zbyt gęsta, a mięso obecne na pizzy okazało się zwykłą parówką. Właścicielka zachowała się arogancko, przynamniej się nie rozpłakała, przez co wcale nie byłoby mi żal, gdyby w perspektywie czasu rewolucja nie przyniosła efektu. A może jestem niesprawiedliwa? Może to program wykreował ją na niedouczoną, wiecznie zalaną łzami ignorantkę, która serwuje gościom niesmaczne dania? Kto wie. Chyba trzeba przejechać się samemu i to sprawdzić. Jacyś chętni?
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Fot. TVN
Komentarze