Magda Gessler i mączna rewolucja

Kuchenne Rewolucje Magdy Gessler w restauracji "Młyn" w Bytowie.
W szóstym odcinku Kuchennych Rewolucji było biało... od mąki.

Z dolnośląskiej Świdnicy przenieśliśmy się do kaszubskiego Bytowa, gdzie od kilku lat restaurację „Młyn” prowadzi małżeństwo Mariusz i Wioletta. Wejście w posiadanie tego historycznego, pokrzyżackiego budynku, wiązało się z miłością od pierwszego wejrzenia mężczyzny i niejako „podarowaniu” czy „przedstawieniu” go małżonce. Nic nie miało szansy go zrazić: ani wątpliwości Wioletty, ani pieniądze, którego wymagała renowacja młyna, ani brak doświadczenia w branży. Wiedział, że to miejsce należy już do niego.

I rzeczywiście, zakup okazał się bardzo dobrą decyzją, przynajmniej przez pierwsze dwa lata. Wtedy to bowiem mieszkańcy Bytowa przychodzili do „Młyna” często i chętnie, wynajmowali go na różne okazje typu wesela czy sylwester. Później jednak nastąpiła dziwna, niewytłumaczalna według właścicieli zmiana, przez którą poza sezonem restauracja świeciła pustkami. W tym samym czasie do Mariusza i Wioletty spływały pozwy sądowe, z których uzbierało się łącznie ponad dziewięćdziesiąt spraw (!), ostatecznie wygranych na korzyść właścicieli. Czym to tłumaczyli? „Zazdrością regionalną”, niechęcią zwykłych ludzi i rolników, którzy latami musieli dorabiać się własnych domów i niechętnie patrzyli, jak komuś udało się zakupić tak potężny i ważny historycznie, dwustuletni budynek. „Nakradli” – mówili, „przekręty” – zarzucali. A właścicielom, zwłaszcza Mariuszowi, z każdym dniem umierała część serca.

Magda Gessler zjawiła się w progach „Młyna” w ostatniej chwili. Zastała tam brzydkie dekoracje, ludzi z brakiem wiedzy oraz wizji. I zapału, tego przede wszystkim. Mariusz okazał się bowiem człowiekiem podenerwowanym, krzykliwym i niemiłym zarówno dla swych pracowników, jak i gości, niejednokrotnie wchodząc na salę podczas imprez i mówiąc, że mają być ciszej. Dziwne zachowanie można oczywiście tłumaczyć tym, że został skrzywdzony i obrósł grubą skórą, która miała go ochronić, z drugiej strony jednak gastronomia to taka branża, albo jedna z takich branży, w której nie można się obrażać na świat, bo bez tego świata skończą się zarobki.

Prowadząca miała więc podwójne zadanie: zmienić nie tylko wnętrze lokalu, ale i nastawienie właścicieli. Z Wiolettą poszło jej łatwo, tu bowiem wystarczyło parę sztuczek odnośnie gotowania, które było domeną kobiety, z Mariuszem trochę trudniej. Potrzeba było go złamać, aby spuścił z siebie emocje, wypłakał się, a potem „nastawić na ludzi” ponownie. Co też Gessler uczyniła, każąc mu przytulać przechodniów na środku miasta. Pozytywnie!

W tym czasie „Młyn” przechodził swoją rewolucję wizualną, stając się bardziej... młynowy. Ściany z żółtych stały się białe, zawisły na nich worki z mąką, pojawiły się lustra i rzeczywiście zrobiło się o wiele ładniej, bardziej elegancko. Menu przestało być jakiekolwiek, a zaczęło nawiązywać do Kaszub. Z zamrażarek wyleciały wszystkie mięsa, pierogi i grzyby, do tej pory trzymane bez oznaczenia datami ważności i w pojemniczkach po Delmie. Postawiono na jakość, świeżość i smak.

Muszę przyznać, że oglądając odcinek, przeszłam od fazy „co za dziwni ludzie” przez „nawet mi ich żal” aż do „niech im się uda!”. To chyba normalne odczucie, bo w takim duchu został wyreżyserowany odcinek, ale naprawdę byłabym zawiedzona i smutna, gdyby po powrocie Magdy Gessler okazało się, że wszystko na nic. Na szczęście było inaczej. Choć „Młyn” nadal stał pusty (mam nadzieję, że tylko w tym dniu), to dania smakowały wybornie. Zupa z dzika zdała egzamin, podobnie jak Symfonia Jelenia (co za piękna nazwa!), na piątkę. A mi ulżyło.

Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)

Fot. TVN



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat