Niby Polska, niby stolica, a restauracja "Tawerna" jakaś taka nie nasza. Nic dziwnego! Jej właścicielem jest bowiem 46letni Artak, który postanowił połączyć kuchnię polską z własną, ormiańską. Mężczyzna mieszka w Warszawie już od wielu lat. Przybył tu w latach dziewięćdziesiątych, najpierw pracując jako kucharz w cudzych knajpach, aż wreszcie dorobił się swojej własnej, w której od razu poczuł się jak król. Nie porzucił roli kucharza, do pomocy biorąc sobie jednak 46letnią Izę oraz 25letniego Michała. Kelnerkę zatrudnił jedną. Dwa miesiące temu o pomoc poprosił także 36letniego Piotra, którego uczynił nie tylko menadżerem, ale i wspólnikiem. Na zatrudnieniu go jednak poprzestał. Nie chciał bowiem słuchać dobrych rad, stosować się do propozycji zmian, ani korygować wad. Twierdził, że gotuje "dużo i smacznie", w jego restauracji da się najeść, a gości wcale nie brakuje. Skąd więc te małe kwoty, które codziennie zasilają kasę? Czy odpowiedzialny jest nieciekawy wystrój, średniej jakości i niejednolite menu, a może obojętna postawa właściciela? By uzyskać odpowiedzi, a także dopomóc upartemu Artakowi, zatroskany Piotr zadzwonił po Magdę Gessler.
"Tawerna to stołówka, nie restauracja" - z przykrością stwierdził menadżer. Opinia ta była i tak o wiele łaskawsza od opinii Magdy Gessler. Prowadząca nie zdecydowała się bowiem zjeść niczego, zrównując potrawy z karmą dla psów, a czasem nawet "gównem", którego nawet psom nie powinno się dawać. Artak był zaskoczony. On źle gotuje? Jedzenia nie wolno mrozić? Mikrofalówka nie jest podstawowym sprzętem kuchennym? Przecież nie da się gotować na bieżąco! Kucharka Iza załamała ręce. Ani ona, ani pozostała część ekipy nie miała już sił, by tłumaczyć właścicielowi, co źle robi. Wydawał się głuchy na ich prośby, skargi i żale. Wyrzucone przez Magdę Gessler mrożonki kazał z powrotem przynieść do zamrażarki, a na dowód swego gniewu rzucił talerzem o ziemię mówić "pani Iza posprząta". Cóż za podejście do pracowników! Ostatecznie ekipa, nie mają wyboru, zaprosiła Magdę Gessler na małe konspiracyjne spotkanie w innej restauracji, by omówić z nią swoje poglądy i odczucia. Wtedy stało się jasne - albo Artak zmieni podejście, albo rewolucja nie ma szans na powodzenie.
Dopiero czwarty, ostatni z dni rewolucji, przyniósł oczekiwaną przez wszystkich zmianę - transformację postawy właściciela. Nagle okazało się, że orientalny kucharz jest bardzo zdolny, ale po prostu do bólu leniwy. Po podpisaniu oświadczenia, w którym obiecał pozostawić kwestie zakupowe Piotrowi, skupił się tylko i wyłącznie na gotowaniu. Przyrządził to, co umiał najlepiej. Uwolnił z surowych produktów smaki i zapachy, o których Magda Gessler nawet nie śniła. Wreszcie zrobił prawdziwą ormiańską kuchnię, którą do tej pory serwował wyłącznie w teorii. Jak widać - "chcieć, to móc". Inne rzeczy, poza postawą Artaka, także uległy przeobrażeniu. Wnętrza przestały być puste i smutne, a zaczęły informować odwiedzających, w jakim klimacie będą mogli tu zjeść. Mało czytelna nazwa "Tawerna" przemieniła się w "Ararat", a i szyld przestał być taki obskurny, nieciekawie zielony. Podsumowując: rewolucja sie udała, a jakże! Magda Gessler po powrocie była równie zadowolona, co w chwili opuszczenia restauracji. Jeśli więc macie ochotę na wyprawę do stolicy i skosztowanie ormiańskich potraw, restauracja przy ulicy Jagiellońskiej 72 ugości was z ogromną przyjemnością. Radzę się jednak spieszyć. Kto wie, jak dużo czasu minie, zanim właściciela znowu dopadnie stary, dobry przyjaciel leń!
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Fot. TVN
Komentarze