Przekroczyliśmy magiczną dziesiątkę odcinków. W jedenastym udaliśmy się do Dąbrowy Górniczej, gdzie od piętnastu lub szesnastu lat – zależy, którą z wypowiedzi właściciela brać pod uwagę – stał kompleks restauracyjno-hotelowy „Juran”. Nazwę swą wziął od połączenia imion Jurka i Anetty, przez najbliższych nazywanej Anią. Formalnie właścicielem był tylko mężczyzna, ale to Ania z dwójką dorosłych dzieci – Martą i Rolandem – sprawowała pieczę nad przynoszącym ciągłe straty biznesem. Jurek w tym czasie zajmował się skupem i recyklingiem samochodów, by zarobione w ten sposób pieniądze dokładać do restauracji będącej „fanaberią” jego partnerki oraz „skarbonką bez dna”.
Jedynymi osobami, które od czasu do czasu wchodziły do „Jurana”, byli klienci skupu aut. Parking przed restauracją już dawno został zagracony nieużywanymi, przeznaczonymi do rozbiórki maszynami, w związku z czym żaden zwykły przechodzień nie odważył się choćby pomyśleć, że do lokalu można wejść tak po prostu, z ulicy i aby coś przekąsić. Jurek o niepowodzenia obwiniał Anię, cały czas narzekając na jej nierozważność i lekką rękę do wydawania pieniędzy. Wypominał, że przez nią tylko traci, a jednak to on od wspomnianych kilkunastu lat wciąż finansował kobietę. Ich relacji były naprawdę dziwne. Ona tylko płakała, a on wciąż się o coś czepiał. Z jednej strony go rozumiem, bo nikt nie chce chodzić z hubą wysysającą soki, a z drugiej... no, jednak partnerstwo polega na czymś innym.
Magda Gessler po wejściu do restauracji zapłonęła, i to bardzo dosłownie. Siadając do stolika, wpakowała włosy do stojącej niebezpiecznie blisko krawędzi świeczki i zajęła się ogniem. Na szczęście dla jej fryzury sytuacja została szybko opanowana, ale niesmak – a wraz z nim na pewno swąd planowych włosów – pozostał. Prowadząca sarkała na wystrój wnętrza, opisując miejsce jako „gorsze od cmentarza”, a także zimne, nieprzytulne i pretensjonalne. „Kicz totalny” – podsumowała, choć załoga nie chciała się z nią zgodzić (podobno klienci – jak już przychodzą – chwalą sobie ozdoby). Na ścianach i w oknach wisiały brzydkie zasłony będące wyrazem bezguścia osoby wieszającej, a przybory na stołach były zakurzone, brudne i lepiły się. Całe szczęście, że jedzenie dało się przełknąć, a kuchnia – choć stara – była czysta i uporządkowana.
W toku rewolucji Gessler poleciła synowi właścicielki ściągnąć okropny banner z napisem „pokoje od 50 zł”, który – jak wyniknęło z krótkiej rozmowy – sprawiał, że lokal kojarzył się ludziom z cichym domem publicznym. Nazwę z „Jurana” zmieniła na „Oberżę ŻAR”, wnętrzom nadała nieco więcej barw – choć moim zdaniem niewiele to pomogło, a rewolucja wizualna nie była tym razem spektakularna – kuchnię zaś zarządziła śląską. Centrum nowego wystroju stał się oczywiście kominek. Najwięcej pracy Gessler poświęciła relacjom Jurka i Ani, które aż do końca programu pozostawiały wiele do życzenia. W końcu, po wielu pąsach i dąsach, Jurek zgodził się wydzierżawić restaurację Ani na dziesięć lat, a nawet para zaplanowała na czerwiec ślub. Prowadząca pół żartem, pół serio chciała się na nią wprosić, ale chyba jej nie wyszło. W każdym razie rewolucja się powiodła, choć mogło być lepiej – po czterech tygodniach upieczona gęś okazała się za sucha. Będąc w Dąbrowie Górniczej, szansę Ani dać można, bo całkiem sympatyczna z niej kobieta.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Fot. TVN
Komentarze