Wrocław, a konkretniej Kamieniec wrocławski, czyli osiedle-sypialnia stolicy Dolnego Śląska, to miejsce, w którym Sebastian i jego narzeczona Monika prowadzili restaurację o ciekawej nazwie „Filmowa”, zrodzoną z zamiłowania Sebastiana do filmu. Zamiast pójść na Akademię Filmową, zgłosić się do „Trudnych spraw”, „Dlaczego ja?” lub – pozostając w obrębie stacji TVN – „Ukrytej prawdy”, mężczyzna wybrał jednak branżę gastronomiczną, o której nie miał bladego pojęcia. U jego boku zaś stanęła nie tylko partnerka, albo nie przede wszystkim ona, ale osaczająca go i nadopiekuńcza mama.
Oglądając odcinek, nie dało się nie zauważyć, iż Sebastian ma trudny charakter. Niestety jeszcze trudniejszy do złamania okazał się zatrudniony przez niego szef kuchni, Tomasz, określający siebie jako osobę roztrzepaną, kapryśną, impulsywną, zaborczą i lubiącą mieć wszystko po swojemu. I jak to w życiu zwykle bywa, koktajl charakterków nie przyniósł „Filmowej” niczego dobrego. Było nerwowo, średnio smacznie i pusto, mimo iż czysto, pedanteryjnie równo – przez Sebastiana – i z pozoru atrakcyjnie wizualnie.
Magda Gessler wkroczyła do tego przybytku z nadzieją na świeże dania genialnego szefa kuchni i wrażenia rodem z planu filmowego, na którym w rzeczywistości w każdym odcinku się znajduje. Niestety, jej oczekiwania nie zostały spełnione. Te potrawy, które chciała zamówić, albo się skończyły, albo były mrożone, wnętrze zaś wydało jej się biedne i niezbyt gustowne. Ostatecznie, by zatrzeć złe wrażenie, przygotowywaniem dania zajął się sam Tomasz, a o zamiłowaniu do filmu opowiedział historię Sebastian, ale i to nic nie dało. Gessler oceniła całość jako kiepską.
A potem zaczęła się tragedia – pierwszy wątek rodem z filmu. Tomasz zdradził, że produkt jest kupowany zły, na co mama Sebastiana dostała duszności, palpitacji i oblały ją siódme poty. Gestykulowała, łapała się na głowę i uznała, że „takie kłamstwa nie przystoją”, zwłaszcza że szef kuchni nazwał produkty „gównem”. Choć już ta sytuacja wydawała się śmieszna i teatralna, zaraz potem mieliśmy próbkę talentu Tomasza, który popłakał się, zdenerwował i odstawił szopkę, że właściciel „Filmowej” rzucił go taboretem. Ten twierdził, że wcale nie, potem się okazało, że jednak za stołek złapał, ale tylko uderzył nim o ziemię. Cyrk na kółkach, tragikomedia.
Ostatecznie stanęło na tym, że Sebastian ma się uspokoić, przy okazji także przestać skąpić na produktach, miejsce mamy jest... gdzieś indziej, byle dalej od restauracji, a Tomasz ma gotować, bo w tym jest dobry. Aktorzy... przepraszam, pracownicy kręcili nosami, ale pod koniec odcinka niby wszystko poszło ładnie i sprawnie. Wnętrze zmieniło się z pusto-filmowego na zbożowe, nazwa z „Filmowej” na „Hej Sokoły”, a menu na przede wszystkim świeże.
Ale i to nie pomogło. Po powrocie okazało się, że przykazania Magdy Gessler nie zdołały zapędzić i przytrzymać Tomasza w kuchni, gdyż temu marzyło sie coś więcej niż gotowanie i bycie szefem kuchni. Postanowił zostać menadżerem i snuć się po sali. A jedzenie w tym czasie wychodziło do klientów, ani trochę nie trzymając poziomu wyznaczonego przez Gessler. Co zresztą szybko odkryła i skomentowała. Aż dziw, że się nie zezłościła. Z jednej strony bowiem powiedziała, że „Hej Sokoły”, a konkretnie ich kuchnia, to „masakra”, z drugiej nie odradziła nam, telewidzom, przyjazdu. Bo podobno może być smacznie, o ile tylko Tomasz wróci do garów. To jednak może nie nastąpić zbyt szybko, o ile w ogóle. Jeśli więc chcecie próbować, robicie to na własne... albo Magdy Gessler ryzyko!
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Fot. TVN
Komentarze