Magda Gessler i Sidło, które nie usidla

Kuchenne Rewolucje Magdy Gessler w restauracji "SleiDzik" w Żukowie.
Jeśli jesteście znudzeni pozytywnymi wynikami przeprowadzonych rewolucji i łatwymi do naprawy sytuacjami, koniecznie obejrzyjcie dziewiąty odcinek Kuchennych Rewolucji – działo się w nim sporo!

Dwadzieścia kilometrów od Gdańska leży niewielka miejscowość Żukowo, gdzie swój lokal gastronomiczny od podstaw zbudowała Ilona. W zamyśle karczma miała być biznesem rodzinnym, w którego prowadzeniu pomagałaby jej dwójka dorosłych już dzieci. Niestety, dzieci owe były średnio zainteresowane pracą w branży kulinarnej. Córka na siłę została menedżerką, ale kompletnie nie sprawdzała się w tej roli – była zmęczona, znudzona, nie pilnowała kompatybilności informacji na stronie internetowej z rzeczywistą ofertą lokalu, a także nie odczytywała maili od potencjalnych klientów i ignorowała rezerwacje – syn zaś poszedł o krok dalej, bo od „Sidła” odciął się całkowicie. Jak stwierdził, początkowo widział w karczmie swoją przyszłość, ale problemem okazała się rozbieżność jego wizji z matczyną.

Podczas rozeznania w terenie ekipa telewizyjna wybrała się do pracowników „Sidła”, od których dowiedziała się paru... interesujących faktów. Najbardziej zaskakującym – i oburzającym Magdę Gessler – był ten, że właścicielka wyzyskiwała osoby, które przyszły do niej na staż. Płaciła im... 125, w porywach do 200 zł, podczas gdy w chwili zdobycia przez nich tytułu czeladnika otrzymać miała około ośmiu tysięcy złotych. Jej jednak nie zależało na tych pieniądzach – tak skomentowała zarzut Gessler. Ponadto pracownicy skarżyli się na panujący w lokalu chaos, niemożność dogadania się z właścicielką oraz jej córką, brak dostępu do biurowego telefonu, co zaowocowało nieznajomością dat i godzin rezerwacji.

Kiedy Gessler przyjechała do „Sidła”, zastała pustą salę i kominek, w którym stała... świeczka. Jak się okazało, w lokalu brakowało drewna, zapałek i umiejętności rozpalania kominka. Zamówienie przyjęła rezolutna kelnerka, przy okazji polecając kilka dań. Flaki okazały się bardzo dobre, choć podano je bez chleba, jeleń zbyt gumowaty, a dziczyzna znów zacna. Prowadząca uznała, że „to, co świeże, to dobre”.

Kolejne dni rewolucji nie były już takie różowe. To wtedy Gessler dowiedziała się o wyzysku pracowników, nierzetelnej pracy córki Ilony, nieścisłościach karty ze stroną internetową, złym marketingu. Doprowadziła właścicielkę na skraj łez, czemu syn się specjalnie nie sprzeciwiał, dodając, iż „tu nie ma żadnej hierarchii, tu jest busz”.

Rewolucja mogła się udać. Nowym menadżerem – mianowanym przez Gessler – został szef kuchni Sebastian, karta dań ograniczyła się do polskich klasyków, nazwa zmieniła z „Sidła” na „ŚleiDzik”, czyli połączenie śledzia z dzikiem, a wnętrze stało się bardziej eleganckie, nowoczesne, szaro-żółte. Goście na kolacji powitalnej także byli zadowoleni. Cóż jednak z tego, skoro po powrocie prowadząca nie zastała Sebastiana, za to natknęła się na córkę właścicielki, a wydane potrawy były nie takie, jak trzeba? „Pozory są, dania brak” – stwierdziła, chwilę później opuszczając lokal. Nie poleciła go widzom, zresztą nie tylko ze względu na (brak) smak(u). Samo postępowanie Ilony nie zasłużyło na promocję „ŚleiDzika”. Jeśli macie jakieś wątpliwości, odsyłam was do komentarzy na fanpage’u FB restauracji.

Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)

Fot. TVN



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat