Znów powrót do serca Polski: Warszawy. No, prawie. Poddana rewolucji karczma „U Wiencka” bowiem znajdowała się tuż pod Prószkowem, dwanaście przystanków podmiejską kolejką od stolicy. W grudniu 2013 roku przejęło ją rodzeństwo – Marzena i Michał – wcześniej niezwiązani z gastronomią i zupełnie zieloni w temacie. Ich decyzja o zakupie lokalu była spontaniczna. Ponieważ wygospodarowali znaczną sumę pieniędzy, postanowili zainwestować ją w coś, co przyniesie dodatkowy dochód. Z miłości do kuchni polskiej ustalili, że właśnie takie menu będzie miała.
Rodzeństwo zatrudniło pracowników i pozwoliło im rządzić po swojemu, co nie wyszło nikomu na dobre. Kucharze zorientowali się, że właściciele nie mają pojęcia o gotowaniu, więc naciągali ich i wykorzystywali niewiedzę. Nie gotowali nowych rzeczy, oszukiwali i kombinowali. Po roku, który przynosił spore dochody, nawet do dwóch tysięcy złotych dziennie, obroty spadły do pięćdziesięciu złotych i mniej. Marzena pojawiała się w karczmie jedynie wieczorami, po swojej pracy, i siedziała w niej około 2-3 godzin. Michał z kolei był obecny od rana do wieczora, ale wciąż zajmowały go wyjazdy (dowóz zamówień, uzupełnienia towaru oraz wyprawy w bliżej nieokreślonym celu). Pracownicy odchodzili i przychodzili, więc nawet na stały personel nie było co liczyć.
Kiedy w progach „U Wiencka” stanęła Magda Gessler, doznała szoku. Jej pierwsze słowa brzmiały zbyt niecenzuralnie, by je tu przytoczyć, kolejne zaś „ale hangar!”. Po obejrzeniu wnętrza zapytała, czy właściciele to starzy ludzie i była zdziwiona, że nie. Zamówiła pierogi, żur, golonkę i kotleta – pełen przegląd polskiej klasyki. Uznała, że karta jest nudna, co nie wróżyło zbyt dobrze, a już na pewno nie mogło spełnić życzenia prowadzącej – zjedzenia tak dobrze, jak u dziadków, którzy również mieszkali w Komorowie.
Jedzenie okazało się niedobre – zero zaskoczenia. Ruskie pierogi nie miały wystarczającej ilości sera i ziemniaków, ciasto było rozwodnione i mamałygowate, a smakowi zabrakło soli. Na dodatek były mrożone. Gessler nazwała je najgorszymi pierogami, jakie jadła w całym swoim życiu. Żur na zakwasie z kolei posiadał w składzie przegląd pierwiastków z tablicy Mendelejewa, również nie zdając egzaminu. O kotlecie z gumy i posłodzonej golonce lepiej nawet nie wspominać.
Rewolucja była trudna, a właściciele oporni w nauce, choć chętni. Szef kuchni miał 67 lat, a kucharz 47. Mimo doświadczenia, żaden nie potrafił porządnie gotować. Na kuchni panował syf, a ekipa była zdziwiona, że sprzęt, którego w najbliższym czasie nie planuje się używać, też należy czyścić. Wywiad wśród mieszkańców Komorowa potwierdził wstępne ustalenia Gessler, czyli że jest niesmacznie, lokal jest niedopilnowany, nikt się nie zna na gotowaniu, ekipa ulega ciągłym zmianom, a właścicieli nigdy nie ma na miejscu. Do tego doszło widmo oszukańczej umowy, którą w swej naiwności podpisali właściciele. W efekcie „U Wiencka” było jednocześnie ich, jak i nie ich.
Zmiany zaczęły się od uświadomienia właścicielom braków w edukacji kulinarnej i zmuszenia do podjęcia pracy nad tym. Plan się powiódł, choć nie bez przeszkód. Ekipa przeszła małą terapię szokową w kwestii sprzątania. Kolację dla gości podano terminowo i wszyscy byli zachwyceni. Zarówno smakiem, jak i nowym wystrojem wnętrza, bazującym na indiańskich elementach rodem z Dzikiego Zachodu. Nazwa „U Wiencka” zmieniła się na „Uncle Michael”, a karta dań z polskiej przeobraziła się w amerykańską – odwrotnie niż w większości rewolucji. Gessler była z siebie i właścicieli dumna, więc zakładam, że do restauracji warto się wybrać.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Fot. TVN
Komentarze