Magda Gessler i smakowy kryzys

Kuchenne Rewolucje Magdy Gessler w restauracji "Wypas" w Łańcucie.
W dziewiątym odcinku Kuchennych Rewolucji odwiedziliśmy Łańcut, gdzie stoi hotel z restauracją o nazwie... „Dymarka”.

Dawno, dawno temu, w zamkowej krainie o nazwie Łańcut, stanął hotel i restauracja o wspólnej nazwie „Dymarka”, która to nawiązywała do pieców hutniczych, jakich wówczas używano. Aż do końca PRL-u miejsce cieszyło się zainteresowaniem i dobrą opinią, a przez wielu ludzi uważane było nawet za najlepszy lokal w okolicy. Niestety, przez ostatnie lata XX wieku niewinny hotel zamieniono w agencję towarzyską, a nazwa zaczęła się kojarzyć dwuznacznie. Dziś co prawda lokal wrócił do swojego pierwotnego profilu, ale złe wrażenie i niechęć w mieszkańcach Łańcuta pozostały. Sytuacji nie poprawił fakt, że w roku 2009 interes przejęło dwóch przyjaciół, Robert i Waldek, a niedługo później do spółki dołączyła piastująca stanowisko menedżerki Anastazja. W wywiadach przeprowadzonych na początku odcinka właściciele wyznali, że do restauracji nie mają serca. Anastazja gotuje od zaledwie pięciu lat, a i tak średnio to lubi. Waldek gotuje trochę dłużej, bo od 25 lat, ale nie lubi jeść i nie zna podstawowych smaków, nigdy na przykład nie próbował szpinaku. Robert zaś nie zna się na kulinariach w ogóle. Z tak nieprzygotowaną do pracy w gastronomii ekipą interes nie mógł się powieść.

Pierwszą silną emocją, jaką w tym odcinku odczuła Magda Gessler, było zdziwienie. „»Dymarka« od dymania?” – zdziwiła się. Kelnerka wyjaśniła jej powód, dla którego restauracja nosi taką, a nie inną nazwę, ale prowadząca nie dała się przekonać. Przyglądając się wnętrzu i karcie, uznała, że znajduje się w kulinarnym antykwariacie, choć wcale nie wydawała się rozczarowana daniami, wręcz przeciwnie. Jedyną pozycją, która wzbudziła jej natychmiastowy sprzeciw, był owocowy chłodnik, który wspaniałomyślnie kazała zjeść niejadkowi Waldkowi. Po spróbowaniu reszty niezbyt udanych potraw, zawyrokowała, iż placek jest jadalny, ale to byłoby na tyle. „Ja bym zamknęła tę knajpę” – powiedziała, a przecież jeszcze nie weszła do kuchni i nie odkryła brudu oraz zepsutego mięsa. Wychodząc z lokalu, wyliczyła to, co jej zdaniem było złe. Właścicielom oberwało się więc za: wspomniane już zepsute mięso, niejadalne dania, przypadkowych ludzi w kuchni, czyli brak wykształcenia gastronomicznego, brzydkie wnętrza i smród.

W ramach rewolucji Gessler zaproponowała ekipie „Dymarki” zabawę w jedzenie z zamkniętymi oczami i odgadywanie smaków, zupełnie jak parę odcinków temu w najnowszym sezonie Master Chefa, gdzie jest jurorką. Właściciele nie zdali jednak testu, nie rozpoznając wielu prostych smaków. Prawdopodobnie z tego powodu prowadząca uznała, że musi obniżyć poziom rewolucji, dostosowując zmiany do możliwości bohaterów odcinka. Nazwę lokalu zmieniła na „Wypas”, ale cała reszta pozostała prosta: mała karta, minimum dekoracji wewnątrz sali, nieskompilowane dania, żeby kucharze nie polegli na gotowaniu. Do tego wystawiono na zewnątrz grilla z dużym wyborem mięs, który miał stanowić główny atut odrestaurowanego lokalu.

Niestety, nawet mimo tak prostych zarządzeń i jasnych wskazówek, właściciele dawnej „Dymarki” nie unieśli ciężaru zmian. Nie zadbali odpowiednio o grilla, wokół którego panował nieład i brud, karta została napisana zbyt małą czcionką, a mięsa raz były niedopieczone, a raz przesuszone na wiór. Gesser, o dziwo, nie narzekała, pozostawiając miejsce do oceny nam, potencjalnym klientom. Skąd ta ostrożność i pobłażliwość? Nie wiem. Ja na wszelki wypadek się tam nie wybiorę.

Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)

Fot. TVN



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat