Wszystkowiedząca i posiadająca sto pomysłów na sekundę właścicielka, jej równie wszystkowiedzący i nieco kapryśny partner, dający sobie włazić na głowę szef kuchni oraz pokornie znosząca nieidealne warunki pracy kelnerka – oto towarzystwo, które zostało nam zaprezentowane w drugim odcinku nowego sezonu Kuchennych Rewolucji. Do tego trzeba dorzucić starodawne i toporne wnętrze restauracji, wymyślną nazwę „Szarlotka”... tyle że bez „r”, a także menu, w którym żadnej szarlotki ani szalotki nie było. Wynik nie mógł być inny: pusta sala łagowskiej restauracji i analogicznie puste kieszenie Marty oraz Norberta.
A miało być tak pięknie. Urodziwa Marta wymarzyła sobie klimatyczną restaurację z kuchnią międzynarodową, tłumy gości walące zewsząd oraz gwar obcych języków. Miała to być prawdziwa wieża Babel, tylko bez kłótni i rozstawania się zwaśnionych ludzi. Jedna z części owej wizji się sprawdziła, mianowicie o rozchodzenie się bez kłótni. Niby to dobrze, ale jak się pomyśli dłużej, to jednak źle. Powodem braku sporów na sali bowiem było to, że stała pusta. Brak klientów równa się brakowi kłótni, ale i brakowi zamówień, co w efekcie daje brak zarobków.
Na braki w uzębieniu jest dentysta, na braki w restauracji zaś Magda Gessler. I tym razem przyjęła zgłoszenie nieszczęśliwej pary, by stanąć w progach i zjechać wszystko z góry na dół. Bo wnętrze nie takie, bo za dużo kombinowania z daniami, bo szalotki w „Szalotce” brak, bo szefowa za bardzo „szefuje”, bo się wtrąca, bo partner nie wspiera tak, jak powinien. No i chyba tyle, oto przegląd najważniejszych problemów restauracji. Ach, nie, jeszcze kuchnia! Zły dobór produktów, mizerna jakość, smród i ogólnie „kucharz płakał, kiedy gotował”.
W toku rewolucji Gessler musiała stępić charakter Marty, krok po kroku odklejając ją od kuchennych zakamarków. Niech nadzoruje, niech pilnuje, niech dogląda, ale bez wtrącania się w garnkowanie. Przemiany nie oszczędziły także Norberta, który koniec końców wylądował w ogrodzie. Póki co kosił trawę, bo było ciepło, ale już za chwilę będzie rzeźbił figury w lodzie, wcześniej pobierając kurs sprawnego rzeźbiarza, czyli oglądając w pętli „Edwarda Nożycorękiego”. Ponieważ Gesslerowej zamarzyła się wiejska polska chałupa, na taką wystylizowała „Szalotkę”. Ach, i wreszcie dodała jej „r”, co dało „Szarlotkę z rumieńcem”. Ładna i apetyczna nazwa, to trzeba przyznać, choć wnętrze już trochę mniej.
Po powrocie wszystko było zacne, choć właścicielom oberwało się raz jeszcze – tak w ramach deseru – za czarno-białe i niewspółgrające z wystrojem wnętrza menu. Do smaków potraw zarzutu na szczęście nie miała. W końcu kiedy świeża szarlotka i miękka jagnięcina, cieszy się każda w Łagowie dziewczyna. Cieszy się również dziewczyny chłopak, bo w restauracji nie jest na opak. Wszystko to Gessler dzieło, zasługa, udała się Madzi rewolucja druga.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Fot. TVN
Komentarze