Słupsk - miejscowość położona tak blisko morza, że człowiek od razu ma ochotę pokonać te kilkanaście kilometrów, przegryźć jakąś świeżą rybkę, poczuć trochę ciepłego piasku pod stopą, ustawić parawan, znaleźć jakiś leżak, na którym będzie mógł leniwie zalec z drinkiem w ręku, a potem godzinami słuchać odprężającego dźwięku szumiących fal. Miło? To teraz wróćmy na ziemię. Restauracja "Black Jack", która w tym odcinku poprosiła o pomoc, nie ma z tym orzeźwiającym morzem, cudownie nagrzaną plażą i delikatnie chrupiącą pod zębem panierowaną rybą nic wspólnego. Jest to bowiem interes osobliwy, przejęty kilka lat temu przez 28letnią Olę, a wcześniej prowadzony przez jej ówczesnego pracodawcę, Włocha z krwi i kości. Od niego to kobieta przejęła sposób zarządzania i gotowania, który zmieszawszy się z jej własnymi błędami, zaczął prowadzić knajpę na dno. Na nic zdawały się wysiłki narzeczonego - Sławka - oraz jego sióstr, które również tam pracowały. Od kiedy zrobiło się chłodniej, czyli w zasadzie od końca wakacji, w progach "Black Jacka" nie pojawiał się już nikt. Nie pomagały kuszące napisy w stylu "pizza" czy "kebab", które umieszczono na szybach, by drażniły puste żołądki przechodniów. Jak widać, kubki smakowe mieszkańców Słupska są zbyt wybredne, by pozwolić swoim nosicielom wgryźć się w kawał drożdżowego ciasta przyozdobionego sosem pomidorowym czy też skrawek siekanego, ociekającego tłuszczem kebabu.
Pierwszą rzeczą, która zaskoczyła Magdę Gessler, była ogólna prezencja miejsca, czyli dziwny symbol przy nazwie restauracji, wskazujący na jej powiązania hazardowe tudzież iluzjonistyczne, a także niewytłumaczalna "chatkowość" budynku. Jednak z racji tego, iż oceniać po pozorach to rzecz brzydka, prowadząca powstrzymała się od nadmiernego grymaszenia i "gwiazdorzenia", przynajmniej do momentu otrzymania zamówionych przez siebie potraw (prawdopodobnie przed włączeniem kamery zjadła Snickersa). Dopiero wtedy rozpoczęła się lawina krytyki, która na swej drodze nie oszczędziła niczego. Oberwało się zarówno temu, co nieosobowe, czyli wystrojowi wnętrza czy syfowi w kuchni, jak i zapleczu osobowemu, w tym głównie Oli. Opuszczając "Black Jacka", Magda Gessler była pełna obaw i wątpliwości, a do tego przesiąknięta zapachem niedobrej pizzy. Żyć, nie umierać.
Rewolucja zaczęła się od totalnego rozwalania "chałupy", zrzucania różnego rodzaju bibelotów, tłuczenia szyb i zabawy w bierki drewnianymi wspornikami. Nie obyło się też bez rzucania naczyniami i znajdowania zeschniętych karaluchów w głębi niedomytych szafek (pozdrowienia dla tych, którzy jedli w restauracji jeszcze przed rewolucją). Prowadząca zorganizowała ekipie trzy wyjścia: pierwsze dla rozeznania się w terenie i podpatrzenia (a także podjedzenia) kunsztu konkurencji, drugie jako krótka lekcja robienia dobrej pizzy włoskiej, trzecie zaś - już tylko dla pary właścicieli - w klimacie pojednawczym, relaksacyjnym, randkowym, bez udziału Magdy Gessler. W tym samym czasie drewniany "Black Jack" stał się szaro-beżowym "Ciao Ciao!". Ładnym i bardzo przejrzystym, acz na pewno nie włoskim. Kuchnia - choć Ola przyznała, że trudna i wymagająca - pozostała włoska. Jedyne co się w tym względzie zmieniło, to objętość karty. Odtąd serwować można wyłącznie pizze w nowym stylu, w tym jedną autorską - z musem dyniowym, a także dwa rodzaje makaronów - carbonarę oraz bolognese. Swoją drogą to interesujące, że we wcześniejszych sezonach Kuchennych Rewolucji Magda Gessler nadzwyczaj często zmieniała zastany styl kuchni na kuchnię polską, czasem wbrew woli gospodarzy, zaś w tym sezonie usilnie obstaje przy podtrzymywaniu dotychczasowego profilu restauracji. W tym wypadku jestem pewna, że Oli ulżyłoby, gdyby prowadząca zmieniła "trudną" kuchnię włoską na jakąś inną, choćby i rodzimą, szczególnie że żadna z kucharek nie potrafiła rozeznać się we włoskich smakach, a jedna stresująca lekcja w obliczu kamer z pewnością niewiele mogła zmienić. I jak się po powrocie okazało, nie zmieniła. Cóż... widocznie polityka programu uległa przekształceniom albo to Magda Gessler odkryła w sobie pizzowy zew.
Ostatecznie restauracji "Ciao Ciao!" ani nie poleciła, ani też nie zganiła. Jej nazwisko w karcie jest, w związku z czym obroty się zwiększyły, a pieniędzy zaczęło właścicielom przybywać. I chyba na tym postanowili poprzestać, bo dania jakościowo niezbyt odbiegały od momentu, w którym prowadząca opuściła lokal. Póki właściciele nie zdecydują podszkolić się we włoskim gotowaniu na jakimś kursie, nie ma szans na poprawę. Same chęci nie wystarczą, a i nazywanie nie-włoskich potraw włoskimi to polityka dobra na krótką metę. Ludzie nie są przecież świniami, które zjedzą, co im się do koryta wrzuci. Jeśli więc "Ciao Ciao!" chce być uczciwe wobec swoich klientów, koniecznie musi zainwestować w kursy. Dopiero potem może zacząć zbierać zasłużone owoce swego sukcesu i cieszyć się z udanej rewolucji.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Fot. TVN
Komentarze