Czwarty odcinek Kuchennych Rewolucji rozegrał się w województwie podkarpackim, w Rzeszowie. Tu restaurację swą – „U’ Bares”, czyli „Pochodzący z Bari” – prowadzi małżeństwo Anna i Pierro. Ona Polka, on Włoch, do naszego kraju przyjechali względnie niedawno, wcześniej zamieszkując w słonecznym, południowym mieście Bari. Trafiwszy do ponurego Rzeszowa, zauważyli, że w okolicy brakuje prawdziwie włoskiej kuchni i postanowili otworzyć swój lokal. Tęskniąc zaś za oryginalnymi potrawami, którymi zajadali się przez ostatnie szesnaście lat, uznali, że dobrze przenieść je do menu w skali 1:1.
Niestety, potrawy, które doceniało małżeństwo, nie przypadły do gustu Rzeszowianom. Choć początkowo pojawiali się w restauracji chętnie, chwalili smaki, a nawet zapowiadali, że wrócą, obietnic swych nie dotrzymali. Anna i Pierro zaczęli się martwić, że ukochany lokal przyjdzie im zamknąć. Nie myśleli jednak zmieniać przepisów, jako że to Polacy, zwłaszcza ci narzekający na zbyt cienkie ciasto lub zbyt małą ilość dodatków na pizzy, się nie znali. Małżeństwo wyszło z założenia, że należy raczej edukować i przymuszać, niż ustępować i naginać się do lokalnych gustów.
Magda Gessler odpowiedziała na wezwanie Anny, w progach „U’ Bares” stając nieco zdegustowana. Nie tylko liczyła na lepszą lokalizację, to bowiem sprawiała, że lokalu trzeba było szukać z lupą, ale również wystrój zewnętrzny, bo zastany przypominał raczej chiński bazar. A w środku wcale nie było lepiej. Pusta i źle zagospodarowana sala potęgowała uczucie pustki i podkreślała fakt braku klientów, dania zaś... cóż, jeśli czasem Magdzie Gessler coś nie smakuje, tak tym razem nie smakowało jej absolutnie nic. Wracając na drugi dzień, stwierdziła nawet, że się od zaserwowanych dań pochorowała, choć sądzę, że było to zwyczajnym odwróceniem kota ogonem po tym, jak niewinnemu pomocnikowi kucharza i przyjacielowi właścicieli chlusnęła pieczarkami w zalewie w twarz. Zamiast przeprosić, postanowiła zwalić winę na Annę i Pierro. „Od czego wojujesz, od tego giniesz”. Tylko gdyby ludzie mieli się stosować do wszystkich powiedzeń i przysłów, najlepiej by było, jakby od razu się zabili.
Dania w restauracji „U’ Bares” okazały się niedopieczone, niedoprawione, zrobione z niewłaściwych, najtańszych składników oraz zupełnie niepolskie. Nikt nawet nie próbował wziąć pod uwagę opinii klientów, w myśl zasady, że „klient zawsze... się myli”. Kiedy więc Gessler wygłosiła swoje zastrzeżenia i uwagi, Anna wybuchła, jako że miała charakter tykającej bomby, i pożałowała zaproszenia słynnej restauratorki. Ale było już za późno. Rewolucja trwała i miała dobiec do końca. Magda Gessler kupiła właścicielom nowe składniki, polecając zrobić popisowe dania raz jeszcze, od zera. Wyszły i nawet jej smakowały. Potem zajęła się wnętrzem, zmieniając pustą salę mlecznego baru w nastrojową i elegancką restaurację. Zrobiło się naprawdę ładnie! Goście zostali zaproszeni na powitalną ucztę i wystarczyło tylko czekać, aż miną trzy tygodnie i prowadząca wróci, by pochwalić właścicieli.
Ale czy na pewno? Otóż niekoniecznie. Nowa oferta „U’ Bares” może i ściągnęła klientów, a raczej ściągnęła ją pokuchennorewolucyjna wieść, ale z daniami nadal nie było w porządku. Uparci właściciele postanowili wrócić do własnych przekonań, serwując gościom smaki z Bari, a nie ich polsko-włoski mariaż zaproponowany przez Gessler. Z tego powodu restauratorka nie mogła zaaprobować rewolucji, podpisując ją swoim nazwiskiem. Ostatecznie wyszło na to, że niektóre powiedzenia naprawdę mają w sobie ziarno prawdy. Zwłaszcza „do trzech razy sztuka”.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Fot. TVN
Komentarze