Rynek Ostrowa Wielkopolskiego, uchwycony przez oko kamery, wcale nie wyglądał na opuszczony czy zapomniany. Wręcz przeciwnie, spacerowali po nim ludzie, rozglądając się dookoła i szukając restauracji, do której można by wejść na smaczny obiad. Jeśli akurat naszła ich ochota na włoskie dania, mieli alternatywę w postaci kilku miejsc. Niestety, ich wybór nie padał na „Marrone”, co zaczęło martwić właścicieli – 42letniego Michała oraz 38letniego Marcina. Restauracja była ich wspólną inicjatywną, choć bazowała na innej, już istniejącej, znajdującej się w Kaliszu i najwyraźniej całkiem nieźle prosperującej. Mężczyźni podzielili się obowiązkami, przebywając w lokalu na zmianę. Planów, zamiast przynosić korzyści, osłabił ducha zespołu oraz wprowadził chaos. Podczas gdy jeden właściciel umiał wydawać polecenia i stawiać na swoim, drugi niezbyt radził sobie w nowej roli. Restauracja zaczęła przynosić straty, a do tego sporo pieniędzy poszło na reklamę – głównie w formie ulotek. To jednak nie pomogło. Ostatnią deską ratunku mógł być już tylko telefon do Magdy Gessler.
„Marrone” – restauracja włoska, pseudo-włoska, a może polsko-włoska inicjatywa stworzona specjalnie pod gusta rodaków? Na to pytanie starała się odpowiedzieć Magda Gessler, przekraczając próg restauracji. Na pozór wszystko było w porządku – zadbane wnętrza, sympatyczna kelnerka, jednolita karta dań, schludna kuchnia. Niestety, sielankowy obraz zepsuły dania, które prowadząca zamówiła w ramach degustacji. Zaczęło się od nieciekawego spaghetti bolognese, w którym makaron tonął w słodko-tłustej zalewie. Następnie podano coś znacznie gorszego, czyli lasagne, której warstwy makaronu rozciapały się niczym kasza manna lub deser z rozmiękłego biszkoptu. Szczerze mówiąc, w życiu nie widziałam tak okropnej lasagne. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Szósty odcinek Kuchennych Rewolucji rozgrywał się w pracowitej, otwartej na zmiany i elastycznej ekipie. Nie straszne były im metamorfozy, ani te małe, ani wielkie – przy czym tych drugich było naprawdę sporo. Przede wszystkim dotyczyć miały nazwy. Restauracja „Marrone” stała się „Golonką w pepitkę”, a jak widzom programu wiadomo – gdzie jest golonka, tam musi być ok. Kolejna zmiana dotyczyła menu. Włoska kuchnia całkowicie zniknęła, ustępując miejsca polskiej. By uzyskać jednolitą, zgrabną całość, trzeba było wprowadzić także parę poprawek do wystroju wnętrza. W zasadzie to „parę” jest nazbyt delikatnym określeniem, gdyż pomieszczenia przemalowano całkowicie. Brąz i biel ustąpiły miejsca czerwieni i beżowi. Ściany ozdobiły koronki i wycinanki. Zrobiło się naprawdę polsko i nastrojowo. Czy fajnie? Nie wiem. Niecodziennie. Właściciele, po przedyskutowaniu sprawy, uzgodnili, że jeden z nich musi usunąć się w cień. Takim sposobem na miejscu został wyłącznie Marcin, który całkiem nieźle zaczął radzić sobie z rządzeniem, co zresztą się zaobserwować po powrocie Magdy Gessler. Nie skarżył się już na brak klientów, czy nieciekawy smak potraw. Jeśli oko kamery zarejestrowało prawdziwe oblicze zmiany, jaka zaszła w tej wielkopolskiej restauracji, myślę, że teraz warto do niej zajrzeć. Rewolucja się powiodła, czyli powinno być smacznie i sympatycznie. Pozostaje tylko jedno pytanie: czy aż tak radykalna zmiana była konieczna? Były przecież odcinki, w których Magdzie Gessler udawało się odratować zagraniczne kuchnie. Tym razem prowadząca zarzuciła właścicielom, że robią włoskie potrawy pod polskie podniebienia. Wcześniej jednak, w poprzednich sezonach, uważała to za atut. Co więcej – ganiła restauratorów za nieuwzględnianie innej wrażliwości kubków smakowych Polaków. Gdzie zatem tkwi prawda? Czy można tak lekkomyślnie zmieniać zdanie, wprowadzając niedoświadczonych właścicieli w konsternację? Jak powinni zarządzać, by ich lokale gastronomiczne prosperowały dobrze i to bez interwencji Magdy Gessler?
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Fot. TVN
Komentarze