Bohaterami ostatniego odcinka Kuchennych Rewolucji byli Ania i Daniel – małżeństwo mieszkające w Sanoku i prowadzące tam restaurację „Berhida”, nazwaną tak na cześć miejscowości na Węgrzech. Otworzyli ją jako lokal gastronomiczny połączony z winiarnią, kładąc nacisk na wina węgierskie. Pomysł niestety nie wypalił, bo klienci wcale nie byli ciekawi zagranicznej wytrawności. Sprytni właściciele dokonali więc transformacji winiarni w pizzerię, jak to sami stwierdzili: „ratowali się pizzą”. Od tego czasu powinno być lepiej, bo na fast food ludzie przychodzą chętnie, a jednak „Berhida” wcale uratowana nie została. Wtedy też Ania i Daniel zmienili menu po raz kolejny, wprowadzając obiady domowe, za które odpowiedzialna była właścicielka oraz pierogi, do których zatrudnili kucharkę. Kobieta lepiła ich dziennie nawet dwieście, ale i tak większość trafiała do bemarów, by czekać na potencjalnych gości. Tych zaś dalej nie było.
Do problemów sanockiej restauracji należały: smak potraw, wystrój, położenie, nastawienie właścicieli, tabliczki wiszące na drzwiach, brak wykształcenia gastronomicznego Ani, doświadczenie życiowe małżeństwa... w sumie łatwiej byłoby wymienić, co problemem nie było. Kiedy przed wejściem zjawiła się Magda Gessler, przeraziła ją mnogość napisów na szyldzie (pizzeria? obiady domowe? pierogi?) oraz długie schody w dół, kojarzące się z toaletą miejską. Na domiar złego na drzwiach odkryła masę kartek zakazujących potencjalnym klientom: wchodzić z psami (dużymi), rowerami i własnymi produktami spożywczymi, a także korzystać z toalety nie zakupując wcześniej czegoś z menu (w takim przypadku, zanim pocieknie delikwentowi po nodze, powinien zapłacić 10 zł). Przy stoliku zaś okazało się, że dalej wcale nie jest lepiej. Większości pozycji z menu nie ma, z domowych dań serwuje się tylko dwa wybrane dziennie, wnętrze jest brudne i sztuczne, ze ściany straszą koszmarne karykatury, przy których nie da się jeść, jak orzekła Gessler, produkty zaś są częściowo złe i mrożone. Zresztą nawet jeśli nie są, to i tak brak umiejętności kucharskich wykonawczyń i leżenie w bemarze zepsuło wszystko, co miało szansę być w porządku.
W toku rewolucji okazało się, że brak energii i apatia właścicieli spowodowana jest ich życiowym doświadczeniem. Przed otworzeniem „Berhidy” Daniel prowadził firmę z częściami do ciężarówek, w której zarabiał nawet czterdzieści tysięcy złotych miesięcznie. Niestety, zbyt późno się zorientował, że jego wspólnik jest hazardzistą, w związku z czym firma zbankrutowała, a małżeństwo straciło wszystko, łącznie z domem, zaufaniem do ludzi i optymistycznym nastawieniem do życia. By odczarować tę złą passę, Gessler postanowiła dodać ich restauracji kolorów (co wyszło średnio), a także zmienić nazwę na „Sowa Nasza Kasza” (brzmiącą nieco dziwnie). Podczas przygotowywania kolacji powitalnej właściciele jeszcze nieco się gubili, chociażby kupując bycze jądra zamiast świńskich nerek, ale później poszło im już dobrze. Po powrocie Gessler była zadowolona, poznając co prawda, że dania gotowała osoba bez odpowiedniego wykształcenia, ale „czując w nich szczerość i hojność”. Jeśli tego samego wymagacie od obiadu, a przypadkiem będziecie w Sanoku, śmiało możecie się tam udać. Pamiętajcie też, że jeśli wasz towarzysz nie zamówi jedzenia, a będzie chciał skorzystać z toalety, dzięki Magdzie Gessler nie będzie musiał płacić dziesięciu złotych!
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Fot. TVN
Komentarze