Podczas emisji trzeciego odcinka nowego sezonu Kuchennych Rewolucji mieliśmy okazję wirtualnie poprzebywać na bolesławieckim rynku, gdzie w starej kamienicy od dwudziestu lat restaurację prowadzi była nauczycielka – 54-letnia Basia. Choć o miejscu tym sama wie niewiele, potrafi przytoczyć kilka faktów, jak zakorzenienie „Pod Złotym Aniołem” w lokalnej kulturze czy historia sięgająca XIV wieku. Jak na ciekawostkę to wystarczająco dużo, jak na informację zdecydowanie za mało.
Restauracja od początku istnienia miała się bardzo dobrze, stąd niczego w niej nie zmieniano – począwszy od nazwy, na głównych daniach z karty skończywszy. Do czasu. Kiedy Basia bowiem spostrzegła, że można zarobić na osobach starszych oraz rodzinach z dziećmi, zaczęła serwować kuchnię stołówkową, pseudodomową, a w rezultacie rodem z hospicjum. Zero smaku, zero pazura, nie mówiąc już o pikanterii czy pazurze. Zabrnęła w tym tak daleko, że przestała sobie radzić i w 2013 roku była na skraju wyczerpania, rozważając zamknięcie interesu. Ostatnią deską ratunku, jak zwykle zresztą, miał, a raczej mógł być telefon do Magdy Gessler.
Kuchenne Rewolucje pojawiły się w życiu Basi nagle i z hukiem, nie przygotowując jej na falę krytyki i nieprzychylnych komentarzy ze strony słynnej restauratorki. Jak się bowiem okazało, gość dania ocenił jako bezsmakowe, wodniste, bez przypraw, gumiaste i nie takie, jak być powinno. A to był dopiero początek drogi usłanej rozżarzonym węglem, na której kolejne bryłki stanowiło wykształcenie szefa kuchni, skądinąd brata Basi, rupieciarski wygląd wnętrza, wszechobecny brud oraz niechętny do współpracy sprzęt kuchenny. Słowem: tragedia.
Magda Gessler była jednak optymistką. Opuszczając „Pod Złotym Aniołem”, wygłosiła to oto słowa: „tu będzie taka restauracja, jak ja chcę, bo zaczynamy od zera”.
I zaczęła. Zawalczyła o Basię, każąc jej nauczyć się podstawowych rzeczy o kamienicy oraz lokalnej kuchni, próbując zaszczepić w niej choć trochę pewności siebie oraz nadziei, a także pomagając jej bratu-amatorowi. „Dziwna atmosfera stypy”, jak to określiła kelnerka, zamieniła się w aurę ekskluzywnej winiarni, do której przyczyniła się również zmiana wystroju. Rupieciarnia zyskała trochę mroku, ale również wolnej przestrzeni i elegancji. W karcie pojawiły się zupełnie inne, lokalne już dania, do których można odtąd zamawiać wina, jakie tylko się człowiekowi zamarzą. Z pozoru rewolucja cudowna. Czy w rzeczywistości również?
Kiedy Magda Gessler wróciła do lokalu po odczekaniu kilku tygodni, wszyscy trzymali się wyznaczonych zasad, popełniając nieliczne tylko błędy. Jak podkreśliła restauratorka, a także sama właścicielka, nie jest jeszcze super, ale wszystko zaczęło iść w dobrym kierunku. A to najważniejsze. Skoro pracownicy uporali się ze złymi emocjami oraz swoimi prywatnymi demonami, nastał czas, w którym anioł może rozwinąć skrzydła, nie tylko kulinarnie, ale i kulturalnie.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Fot. TVN
Komentarze